piątek, 12 października 2012

W życiu piękne są tylko chwile, czyli o skutkach upragnionej dorosłości....


     Ostatnio niemal na każdym kroku ktoś lub coś uświadamia mi, jak to całe nasze życie jest dziwnie skonstruowane i zaplanowane. Wydaje się, że skoro rodzimy się i umieramy w cierpieniu (swoją drogą, łaskawy Pan Bóg mógł to nieco inaczej zaplanować...), to cały odcinek czasowy pomiędzy tymi dwoma punktami wyznaczającymi naszą egzystencję, powinien obfitować w szczęścia, te większe i mniejsze. Tymczasem niejednokrotnie okazuje się, że z każdym rokiem jest coraz ciężej. Coraz mniej czasu dla siebie, coraz więcej problemów z innymi, coraz więcej niezrozumienia dla tego, co nas otacza. I wszystko to okraszone rosnącą funkcją odpowiedzialności. A przecież kiedy byliśmy dziećmi, tak bardzo każdy z nas chciał dorosnąć. Przecież dorośli mogą wszystko! Brak jakichkolwiek zakazów i nakazów, życie w zgodzie z samym sobą, podążanie samodzielnie wybraną ścieżką i przede wszystkim niezależność. Przewrotnie, wraz z kolejnym rokiem wspomnianej dorosłości, coraz częściej wraca się myślami do czasów dzieciństwa czy szeroko rozumianej młodości. Nie będę tu udawał mędrca, bo sam jestem jeszcze bardzo młodym człowiekiem i sądzę, że całe życie jeszcze przede mną, ale opisuję sytuacje, jakich jestem świadkiem. I mi także zdarza się podczas rozmów z rodziną czy przyjaciółmi wspominać różne momenty sprzed kilkunastu lat. Jednocześnie zastanawiam się, jak będę wspominał te chwile "tu i teraz" za kolejnych kilkanaście lat. Czy będę z siebie zadowolony? Czy będę uśmiechał się pod nosem myśląc "to były czasy"? A może zaświta mi w głowie, że jednak nie wszystko zrobiłem tak, jak trzeba i że moje życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej? Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, tak jak i Wy, którzy to czytacie, a śmiem przewidywać, iż większość osób tu trafiających jest właśnie w moim wieku. No, ale przejdźmy do rzeczy. W końcu coś musiało mnie skłonić do takich refleksji... 
     Wpadła mi w ręce znakomita książka pt. "Spalony", autobiografia Andrzeja Iwana, jednego z lepszych piłkarzy dawnej Wisły Kraków. Lektura niezwykle gorzka, szczera do bólu, czasem wywołująca na twarzy grymas. Bez wątpienia jest to swoistego rodzaju literacka spowiedź piłkarza, jego rozliczenie z przeszłością. Lektura na tyle porywająca, że pochłonąłem ją przez dwa wieczory. Nie jest to książka zawierająca wyszukane hasła czy frazesy, ani tym bardziej napisana "grzecznym" językiem, tak samo zresztą, jak i grzeczne nie było całe życie Iwana. Poznajemy bardzo szczegółowo jego historię, począwszy od młodości spędzonej na blokowiskach Nowej Huty, przez pierwsze mecze w Wandzie Kraków, Wiśle Kraków i w kadrze narodowej, aż po pobyt w ośrodku odwykowym dla alkoholików. Iwan bardzo sumiennie rozlicza się ze swą własną przeszłością, obnażając przy tym gorzkie fakty z życia ludzi go otaczających, w tym m.in. doskonale znanych: Gmocha, Bońka czy innych dawnych piłkarzy z drużyny Wisły i reprezentacji Polski. Oczom czytelnika ukazuje się naprawdę nieprawdopodobna historia, która doskonale prezentuje też ówczesną Polskę, pełną bagna, szwindlów, korupcji i kolesiostwa. No i wszystko to polewane hektolitrami wódki, za którą można było mieć wszystko i która niejednemu zniszczyła życie. Iwan bardzo szczerze wyznaje, jak to wszystko wtedy wyglądało. Jego młodość to jedna wielka szalona impreza, tysiące różnorakich bójek po pijaku, setki zwiedzonych klubów, dziesiątki wypadków samochodowych i zaliczonych dziewczyn. No i mecze, które grał najczęściej będąc wciąż nietrzeźwym po poprzedniej nocy. Przeczytanie tej książki daje też możliwość poznania kibicom Wisły Kraków całej historii ich ukochanego klubu. Naprawdę, dużo ciekawych rzeczy można się dowiedzieć. Ale ja chcę się tu skupić na czymś innym. Iwan wprost wyznaje, że cierpi na chorobę alkoholową i jest w pełni świadomy, że miała ona początek właśnie u progu jego kariery piłkarskiej. I choć wie, że wódka zniszczyła niemal całe jego życie, nigdy nie zamieniłby się na nie z kimś innym. Czytając jego wspomnienia niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że wspomnienia do tych cudownych czasów z jego młodości najzwyczajniej go wzruszają. Często powtarza "to były najlepsze czasy!", "cudowne czasy!", "tak dobrze jak wtedy, już nigdy potem nie było"! I mnie jako czytelnika właśnie to najbardziej porusza. Andrzej Iwan nie jest już wrakiem człowieka (aczkolwiek, jak sam twierdzi, nigdy nie wiadomo, kiedy znowu sięgnie po kieliszek, bo alkoholikiem jest się przez całe życie), ale nawet kiedy nim był, ani przez chwilę nie żałował swojego życia. Sądzę, że o takiej refleksji marzy każdy człowiek w podeszłym wieku. Chyba miło obejrzeć się za siebie i pomimo świadomości popełnionych błędów czuć, że i tak było warto? Bardzo gorąco polecam wszystkim książkę, warto przeczytać.
     Jestem w takim wieku i na takim etapie swojego życia, że ostatnio stosunkowo często zastanawiam się, co i jak będzie dalej. Myślę, że to pytanie statystyczny student 5. roku każdego kierunku zadaje sobie średnio raz na tydzień (pozdro dla tych żyjących chwilą ;)). Z rozmów z moimi bliższymi i dalszymi znajomymi można wywnioskować, że każdy ma swoje większe i mniejsze zmartwienia. Każdy wciąż zadaje sobie jakieś pytanie i szuka na nie odpowiedzi. Czy dobrze postąpiłem/am? Czy właśnie tego chciałem/am? Czy mój związek jest taki, jaki powinien być? A może tkwię w miejscu i czas ruszyć dalej? Może mogę zmienić sam/sama siebie? Czy wybrałem/am dobry kierunek studiów? Czy wystarczającą ilość czasu poświęcam na sprawy ważne? Czy jestem w porządku wobec swoich bliskich? Czy nie marnuję czasu? To tylko przykłady pytań, które najczęściej stawiamy samym sobie. Myślę jednak, że nie warto być tak śmiertelnie poważnym i tak skrupulatnie wszystkiego planować. Życie już nie raz nauczyło mnie, że często to, co spontaniczne i niezaplanowane okazuje się być najlepsze! Poza tym w tych mądrych rozważaniach nad sobą należy pozwolić sobie na chwilę słabości, może nawet egoizmu. W końcu raz na jakiś czas trzeba pomyśleć o samym sobie. Ileż można zadowalać innych?! Właśnie zerkam na kubek, z którego piję herbatę i czytam napis, jaki na nim widnieje: "Ważne, aby odnaleźć smak szczęścia w codzienności". Szalenie mi się to hasło podoba i bez wątpienia pasuje na puentę do tej notki. No, ale to jeszcze nie koniec ;)
     Po sobie i po moich bliskich też widzę znamię upływu czasu ;) Wczoraj zdarzyło nam się bawić w jednym z krakowskich klubów. I co z tego, że muzyka była ok i że towarzystwo wyborowe, skoro i tak było bardzo średnio? Oczywiście winę można zwalić na stan zatłoczenia klubu (bo naprawdę nie dało się oddychać!), ale też najzwyczajniej w świecie, przynajmniej ja, nie czuję już tego klimatu ;) Chyba nieuchronnie się starzeję :P Nigdy nie byłem wielkim fanem clubbingu (a wręcz przeciwnie, lubuję się w domówkach w swoim towarzystwie), ale raz na jakiś czas przecież można się rozerwać. Tyle tylko, że tłum spoconych i często nietrzeźwych ludzi oraz wszechobecny dym powodujący pieczenie oczu po kilku godzinach staje się naprawdę nie do zniesienia. Naprawdę nie jestem drętwy ani sztywny, ale po prostu wczoraj nie czułem tego czegoś. Na dodatek miałem wrażenie, że przeważająca większość bawiących się ludzi jest ode mnie duuuuuużo młodsza. No ale ok, winę zwalam na klub i zatłoczenie wynikające z "czwartku studenckiego" i pewnie jeszcze kilka razy zaryzykuję wyprawę na rynek w celach zabawowych! ;) Aczkolwiek, jak dla mnie przynajmniej, domówki górą! 
     Wystartowały nowe sezony seriali zza oceanu, wszystkie absolutnie znakomite! Czasem trzeba się nieco nagimnastykować z czasem, aby móc je śledzić w miarę na bieżąco. To, co mnie absolutnie uderza w nowych odcinkach to odmienione spojrzenie bohaterów na świat, znalezienie się w nowych sytuacjach. Dziwne, że tylko niektórzy scenarzyści są na tyle inteligentni, aby pozwolić bohaterom swych seriali na dojrzewanie i dorastanie wraz z widzami. Być może właśnie dlatego nie śledzę żadnego z polskich seriali, gdyż najzwyczajniej w świecie są one głupie i nastawione jedynie do żeńskiej części publiczności. Ciągłe zdrady, ciąże i romanse są przecież od dawna przereklamowane! I po co tracić cenny czas na coś nic niewnoszącego do naszego życia, skoro można go poświęcić na cele bardziej ambitne? Ja od dawna jestem wielkim fanem seriali młodzieżowych, których nie mogę co prawda nazwać ambitnymi (musiałbym być naprawdę hipokrytą...), ale lubię właśnie ten moment dorastania wraz z bohaterami, którzy często są w moim wieku i dojrzewają do pewnych życiowych decyzji razem ze mną i z moimi rówieśnikami. Na przykład 4. sezon Glee moim skromnym zdaniem nie umywa się do poprzednich, ale to w takim pozytywnym znaczeniu! Naprawdę warto pogratulować scenarzystom, którzy tworzą super historię dalszych losów paczki z liceum. Doskonale zresztą przenosi się to na wyniki oglądalności. Fanom seriali gorąco polecam też nowe sezony Dextera i Homeland! Wracając jednak do bohaterów Glee, podoba mi się, jak scenarzyści ukazują dorastanie bohaterów. Jest ono związane nie tylko ze zmianą wyglądu czy stylu, ale też z ich decyzjami, niekoniecznie dobrymi. No, a poza tym mam sentyment do tego serialu ze względu na muzykę :)
     W mediach prawdziwa burza! Wszyscy obrzucają się błotem! W Polsce jak na razie na prowadzeniu jest Kaczyński, w Ameryce Romney. Pomimo własnego zdania w tej kwestii, nie będę się tutaj do tego ustosunkowywał. Jedno jest pewne: jakąkolwiek decyzję podejmą przyszli wyborcy i tak nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej! W minionym tygodniu ogromnego zamieszania narobił ranking tygodnika Wprost dotyczący NAJgłupszych programów telewizyjnych. Widzowie czują się obrażeni za to, że są krytykowani za oglądanie swych ulubionych programów. A ja tak naprawdę mam to kompletnie gdzieś. Sam decyduję co oglądam, czego słucham i co mi się podoba. Rzeczywiście, trzeba przyznać, że wśród programów wymienionych w tym rankingu nie ma zbyt wielu szczególnie mądrych. W końcu czego może nauczyć Wojewódzki, który tracąc oglądalność zaprasza do swego programu coraz bardziej żenujące gwiazdki czy jakaś tam perfekcyjna pani domu, która na szpilkach biega ze ściereczką i twierdzi, że bez szuflady na przyprawy nie da się dobrze wychować dzieci? No paranoja, totalna paranoja. Z drugiej strony uderza to, że w rankingu znaleźli się też Tomasz Lis i Magda Gessler, którzy jeszcze przed kilkoma miesiącami pisali dla Wprost felietony. To jasno ukazuje, jacy hipokryci ten ranking układali i jak bardzo jest on nierzetelny. 
     No i proste pytanie mi się teraz nasuwa: jak w tym całym bagnie znaleźć smak szczęścia w codzienności? Może macie jakieś własne, sprawdzone sposoby? :P Komentujcie :)


13 komentarzy:

  1. Wielki plus za piosenkę- nie oglądam TVN, ale wpadłam na nią jakoś.

    Odnajduj szczęście w codzienności czy jakoś tak- hasło powiem również do mnie dotarło. Mam dni, że staram się, ale czasem nie da się- otoczenie i codzienność tak dobija, że człowiekowi nie chce się niczego. Hasło proste i prawdziwe. Dla każdego. Just follow it.

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam Cię na co dzień i wtedy nie mogę tego powiedzieć, ale czytając to co piszesz twierdzę, że wyprzedzasz dojrzałością nasze pokolenie. Kolejna ciekawa notka, pisz częściej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No gdybym na co dzień był tak śmiertelnie poważny jak w tych notkach, to chyba nikt nie chciałby ze mną rozmawiać :D aczkolwiek dziękuję bardzo za miłe słowa :)

      Usuń
  3. "Jak znalezc smak codziennosci?" trudne pytanie zadales. Czasem przychodzi taki moment, ze to co kiedys cieszylo teraz staje sie obojetne - lody nie smakuja tak jak dawniej, podrozowaniu nie towarzyszy ten charakterystyczny smaczek podekscytowania, szalone wypady przestaja bawic. Nie twierdze wcale, ze z takich rzeczy sie wyrasta! O nie! (chociaz kiedys myslalam, ze tak faktycznie jest). Naprawde mozna byc doroslym i cieszyc sie z drobnostek jak dziecko. I to sa fakty. Dostrzegam to u innych, ale sama tez ostatnio tego doswiadczam. Sa takie okresy w zyciu kiedy "zycie traci smak" - czasem jest powod (i wtedy trzeba problem probowac rozwiazac, a nie chowac pod dywan i udawac, ze go nie ma), a czasem dzieje sie tak zupelnie bez powodu. Co wtedy robic? Poprostu cierpliwie poczekac, az slonce znowu wyjdzie zza chmur:)nie przytlaczac sie mysleniem w stylu ze zrobilam to i mnie nie cieszy, ale jakbym zrobila tamto to napewno bylabym szczesliwsza... Nie brac wtedy na siebie za wiele obowiazkow, nie rzucac sie w wir pracy, czy nauki, nie szukac na sile wiekszych wrazen. Nalezy raczej odsapnac. Otoczyc sie czyms milym np. przyjaciolmi, absolutnie nie zamykac w sobie. I myslec pozytywnie! Tak sobie mysle, ze serce czlowieka nigdy nie nalezy do niego samego - nie mozna sobie nakazac, ze jesli znajde sie w danej sytuacji to zawsze bede sie cieszyc. Chce czuc radosc- czuje ja, chce czuc smutek- czuje go. Tak nie ma. Serce czlowieka Ktos inny trzyma w dloni i wygrywa na nim jak na skrzypcach rozne melodie - raz w tonacjach molowych a innym razem w durowych.
    Sorki, za slowotok, ale P. poruszyl naprawde ciekawy temat. Powodzenia w smakowaniu codziennosci!!!
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Jest mi szalenie miło, że moja notka przyczyniła się do Twojego "słowotoku" :) Ja na pewno nie zamierzam zrezygnować ze smakowania codzienności :) A wszystkimi szczegółami mam zamiar się tu z Wami dzielić :)

      Usuń
  4. Intryguje mnie co tak wlasciwie sklonilo Cie, P., do "wyjscia z wlasnej szuflady". Coby to jednak nie bylo podziwiam odwage;)
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubię ludzi, intrygują mnie. Uwielbiam rozmawiać, wymieniać poglądy, poznawać różne sposoby widzenia świata, często zupełnie odmienne od mojego. Ponadto uważam, że nigdy nic nie jest czarne albo białe. Często w mojej głowie w jednej chwili kłębi się na raz tyle myśli, że sam ich nie ogarniam i myślę, że blog jest dobrym sposobem na uwolnienie tego wewnętrznego "ja" i podzielenie się swoimi opiniami z innymi. Bardzo się cieszę, że ostatnio coraz więcej osób chce tu ze mną podejmować dyskusje, zostawia komentarze albo w rozmowie wspomina o blogu. Nie piszę tu o niczym złym, zakazanym. Nie wymieniam nazwisk, nie zwracam się do nikogo osobiście, staram się nikogo nie urazić.
      Poza tym ten blog to taka trochę filozoficzna odskocznia od codzienności. Ciężko mówi się o rzeczach niematerialnych, o uczuciach. Znacznie łatwiej napisać. Może jest w tych moich notkach za dużo kwiecistości, patosu i megalomanii, ale to chyba dlatego, że gdzieś w środku sam taki jestem. Doskonale wiem, że jest też trochę nie do ładu i składu (bo raz piszę o obrazkach z życia codziennego, za chwilę o muzyce, filmie, książce, a jeszcze potem o jakichś banałach), ale to właśnie takie ma być. To taka moja miniaturka.
      Mam bardzo wiele zainteresowań i pasji. Niestety, nie zawsze wszystkie da się realizować. Cieszę się, że o niektórych z nich mogę chociaż tu napisać i być może zainteresować innych tematem :)
      Nie chcę też na pewno nikogo umoralniać czy uczyć, jak żyć. I mam wielką nadzieję, że osoby, które tu zaglądają odczuwają jakąś minimalną przyjemność z czytania mnie. Zwłaszcza, że nigdy nie planuję, o czym będę pisał. Po prostu siadam do komputera i jakoś sam z siebie wychodzi... :)
      No i cóż, mam nadzieję, że jakiegoś wielkiego obciachu sobie nie robię :P
      A Ty jak tu trafiłaś Ewo? Bo przyznam, że póki co jakoś bardzo nie reklamuję tego bloga :)

      Usuń
  5. Mysli, ktore sie klebia i placza... zapisanie ich to faktycznie dobry sposob na ogarniecie ich... Zgadzam sie z tym, ze o uczuciach i tez o tym co "wewnetrzne" trudno sie mowi. Trudno czasem znalezc kogos do kogo moznaby mowic. Ale najczesciej to co bardzo pokrecone, czasem problematyczne, wypowiedziane na glos traci sile razenia - dlatego tak bardzo cenie przyjazn. Bloga wyhaczylam na fejsie ;P

    OdpowiedzUsuń
  6. O czyli jednak może się znamy, hehehe :D Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No coz... nie wiem, czy to byla subtelna zacheta, zeby pociagnac dalej ten temat, czy subtelne zakonczenie rozmowy... Aby nie zrzerala Cie od sroka ciekawosc to powiem, ze sie znamy. Jesli chcesz moge sie przedstawic, ale poniewaz panuje tu zasada bez nazwisk to nie za bardzo chyba jednak moge. Pozdr;PPPP

      Usuń
    2. Zasady to zasady :) Powiesz mi kiedyś na żywo, jak będzie okazja :)

      Usuń
  7. Wreszcie siadłem, znalazłem chwilę czasu i przejrzałem te Twoje przemyślenia na temat świata, ludzi itp. Dzięki tym słowom, które prezentujesz na owym blogu można niejako spojrzeć na świat Twoimi oczyma. Spojrzenie to wprowadza osobę czytającą w stan głębszego zastanowienia, którego często nie doświadczamy w ciągu szarości dnia i pędu życia. Jednym słowem - Brawo! Choć jest jedna rzecz do której mógłbym się przyczepić, ale jak to mówią są gusta i guściki. Co do pytania: jak w tym całym bagnie znaleźć smak szczęścia w codzienności? - Po prostu żyć.
    P.S. Masz pozdrowienia od Basi.

    Sawyer

    OdpowiedzUsuń