sobota, 30 czerwca 2012

To co odchodzi, zawsze powraca, czyli o mniej lub bardziej urokliwej klątwie przeznaczenia...


     Nieprawdopodobne, ile to prawdy kryje się czasami za prostymi i banalnymi tekstami piosenek. Gorzkiej prawdy. Śmiesznej prawdy. Najprawdziwszej prawdy. Naprawdę przeróżnej prawdy. Bez wątpienia wyzwaniem w tym przypadku jest umieć dostrzec tą analogię, tylko na pozór nieskomplikowaną. Ci co mnie znają i z którymi raz na jakiś czas zdarza mi się imprezować doskonale wiedzą, że kiedy zasiądę za sterami komputera w roli dj'a, nie potrafię sobie i im odpuścić mojego ulubionego kawałka w wykonaniu Justina Timberlake'a. What goes around, comes around - co odchodzi, w końcu powraca. Proste hasło, które tak naprawdę jest nieco bardziej rozbudowaną wersją słowa "przeznaczenie". Ostatnie dni wciąż utwierdzają mnie w przekonaniu, że absolutnie nic nie dzieje się przypadkiem. Nie ma cudów, chwile są nieznośnie ulotne, a rzeczywistość prędzej czy później każdemu daje o sobie przypomnieć.
     Jesteśmy na półmetku 2012 roku. Trzeba przyznać, że rozpoczęciu tego roku towarzyszył prawdziwy huk, który nie chciał ucichnąć jeszcze przez dłuższy czas. ACTA, przedłużenie wieku emerytalnego, absurdalnie skomplikowany system podatkowy. Kryzys w Grecji, zamieszki w Port Saidzie, głośna katastrofa kolejowa pod Szczekocinami, skandal związany z naszym Stadionem Narodowym. I wreszcie detektyw Rutkowski, który dzięki celebrytom Waśniewskim powrócił i to w prawdziwym świetle reflektorów. Wszystkie te wydarzenia w mniejszym lub większym stopniu interesowały Polaków przez ostatnie 6. miesięcy. Były łzy, były żale, były kłamstwa, ból, trwoga, żałość i nienawiść. I nagle nadszedł 8 czerwca - dzień, w którym niespodziewanie wszystko się zmieniło. Na kilkanaście dni absolutnie wszyscy postanowili przestać traktować swą ojczyznę jako osobliwe kondominium, a nawet najbardziej zawistni rywale postanowili zasiąść wspólnie na trybunach na Narodowym lub przed telewizorem, by kibicować naszym Orłom. Tak, stało się coś niesamowitego. W czasie meczów z Grecją, Rosją i Czechami ulice naprawdę opustoszały. Nawet największy antyfan piłki nożnej w nocy o północy potrafiłby wskazać w grupie 11-u Lewandowskiego, Błaszczykowskiego czy Tytonia. Przecież to nasi nowi bohaterowie narodowi! To w ich ręce powierzyliśmy nasze losy! Nie zapominając oczywiście o Franku Smudzie, który jeszcze przed pamiętnym meczem z Czechami był na wszystkich portalach wychwalany ponad niebiosa. "Wreszcie znalazł się ktoś, kto potrafi z tych naszych chłopaków COŚ wykrzesać!", "Smuda na naszych oczach dokonuje prawdziwej rewolucji w polskiej piłce nożnej!". I właśnie wtedy nadszedł ten dzień. Przegraliśmy. Nie udało się. Znowu, po raz kolejny. A przecież miało być tak pięknie! Przecież już planowaliśmy, jak ogramy Niemców w półfinałach! No ale w sumie z czym do ludzi... Przecież ta nasza kadra to banda niedołęgów! No jak oni mogli tak zagrać ?! Co się z nimi stało?! Czemu ten cholerny Smuda pozwolił na coś takiego? Wywalić Smudę! Wymienić całą kadrę! Rozwiązać PZPN! 
     Z dnia na dzień czar prysł. Zniknęły biało-czerwone flagi, ojczyźniana reklama biedronkowa została zastąpiona przez nową, maxymalnie komercyjną (no błagam Was, kuferek kibica?), nasi piłkarze przestali być bohaterami. Wcześniejsze słodkie i pełne optymizmu hasła zostały okraszone całkiem dużą porcją narodowego jadu. Rozpoczęły się wzajemne oskarżenia, szukanie winnych, powróciła nasza polska nienawiść i poczucie niedowartościowania. Niemal wszyscy zapomnieli o tym, że przecież mistrzostwa jeszcze się nie zakończyły. A my, jako gospodarze powinniśmy brać w nich przynajmniej bierne uczestnictwo do samego końca. Jeśli o mnie chodzi, to najsmutniejsze wydaje mi się jednak to, iż właściwie nikt w Polsce nie zwrócił uwagi na to, że przez ostatnie dni paradoksalnie wygraliśmy mecz. I to nie jeden! Cała Europa zobaczyła Polaków jako tych rozśpiewanych, uśmiechniętych, gościnnych. Polska kuchnia została wychwalona nad niebiosa, podobnie jak nasze piękne (śmiem twierdzić, iż najpiękniejsze!) dziewczyny. Najfajniejszy był chyba jednak nasz narodowy luz, mania wspólnego kibicowania, biel i czerwień dosłownie wszędzie. No i pozytywne nastawienie do pozostałych kibiców. Oczywiście, zdarzyły się bójki i burdy, ale przecież hołoty nigdzie nie brakuje. Pokazaliśmy tej bandzie napuszonych dziennikarzy z BBC, że ich "antypolski" reportaż naprawdę jest stekiem bzdur. No i przede wszystkim pokazaliśmy samym sobie, że potrafimy. Że się da i pomimo wielu wcześniejszych obaw, Polacy potrafią. Bo przecież jesteśmy naprawdę fajnym narodem! Ja sam jakiś czas temu zaangażowałem się w akcję zaproponowaną Nam Polakom przez prasę i z dumą nosiłem przyklejoną do koszulki naklejkę z napisem "Fajna Polska". Skąd więc bierze się w nas (z dnia na dzień) tyle nienawiści, że aż sami nie potrafimy jej ciężaru udźwignąć? Czemu potrafimy być tacy fajni tylko momentami, od parady? Dlaczego po przegranej nie zachowujemy się jak Irlandczycy, którzy z uśmiechami na twarzach do końca trwali przy swoich. Czemu w obliczu klęski od razu obrzucamy się błotem i wracamy do tej gorszej Polski, z rzeką przekleństw na forach internetowych, z chamstwem na drogach i psimi kupami na prawo i lewo "bo przecież w Polsce nikt ich nie sprząta"? 
     Ostatnie dni przynoszą coraz to nowsze rewelacje. Prawdziwy upust swym emocjom dali Wojewódzki i Figurski, którzy na antenie radio Eska w swej porannej audycji całej Polsce pokazali, jak bliskie jest im chamstwo, rasizm i brak jakiegokolwiek szacunku dla innych narodów. I gdyby to było pierwszy raz... Śmieszą i równocześnie złoszczą mnie ich tłumaczenia. Bo bez wątpienia nie można mówić o ich audycji jako o autoironicznej czy satyrycznej. A tekstów Mrożka i Gombrowicza to ci panowie chyba na oczy nie widzieli. Jestem natomiast pełen podziwu dla młodego pokolenia, które natychmiast zainterweniowało i dzięki któremu zarówno Wojewódzki i Figurski stracili pracę. Takim rasistowskim i seksistowskim akcjom ja też mówię stanowcze NIE. Co jeszcze przyniosły nam ostatnie dni? Bandę idiotów z PiSu, którzy chcą karać za in vitro. Wyrok dla Dody, który jasno pokazał, że w naszym kraju długa jeszcze droga do prawdziwej demokracji. I informację o Waśniewskiej pracującej w nocnym klubie przy rurze - jakby to kogoś naprawdę miało obchodzić... Tym samym stało się to, co stać się musiało. Po kilkunastu naprawdę fajnych dniach, to co odeszło, szybko wróciło. I aż strach się bać, co przyniesie jutrzejszy dzień...
     Tekst Timberlake'a ma też odniesienie do życia każdego z nas. Wierzcie lub nie, ale czasem trzeba dać sobie szansę, podjąć ryzyko i pozwolić, aby to coś "wróciło". Ostatnie dni udowodniły też mi jako człowiekowi, że określone sytuacje mają swój finał właśnie tam, gdzie się zaczęły. I czasem zderzenia z takimi powracającymi sytuacjami mogą naprawdę uspokoić. Przynajmniej na jakiś czas. W końcu "z prochu powstałeś, w proch się obrócisz". Przypadek? Czy może najprawdziwsza prawda?
     Zmierzając do końca, trochę zejdę z tonu. Rozpoczęły się wakacje. Jest przerażająco gorąco, pojawiają się coraz to nowsze wakacyjne hity, jest czas na rower/książkę/film/leżing/plażing/nicnierobing! Ja sam mam na te wakacje tyle planów, że naprawdę nie wiem, czy zdołam je wszystkie wcielić w życie! Jedno jest pewne - na pewno wrócę po nich odmieniony (to już taka moja prywatna walka z samym sobą - i to DOSŁOWNIE). W sumie to nawet już mi się udało - jeden dzień na słońcu i już jestem mulatem ;) 
Udanych wakacji Wam wszystkim życzę! I w swym słodkim lenistwie nie zapomnijcie, żeby tu czasem zajrzeć! ;) 
A jutro niech wygra lepszy! Enjoy!

piątek, 15 czerwca 2012

"A place for my head", czyli o gorączce ostatnich dni...


     Dawno mnie tu nie było. W sumie już nawet sam nie pamiętam, kiedy właściwie ostatnio tu byłem. Czas pędzi jak szalony i nie sposób go zatrzymać. Przez ostatnie trzy tygodnie w moim życiu tak wiele się wydarzyło, że sam właściwie przestałem ogarniać. Co ciekawe, im zawrotniejsze tempo, tym (mimo wszystko) łatwiej udaje się wszystko załatwić tak, jak trzeba. Owszem, wciąż brakuje czasu. Owszem, jest chaos, zmęczenie, czasem złość przeradzająca się we wściekłość. Ale kiedy wszystko się uda, można poczuć to nieco spazmatyczne poczucie satysfakcji. Myślę też, że warto w tym szalonym pędzie nie zapomnieć o nagradzaniu samego siebie. Jednemu wystarczy drzemka, drugiemu wyjście na koncert, a jeszcze innemu obejrzenie przy piwie meczu z grupką przyjaciół. Ja lubuję się we wszystkich z wymienionych form "samo-nagradzania się" i być może właśnie dlatego kompletnie nie zwariowałem przez ostatnie dni. Co ciekawe, sam dostrzegam to, że zaczynam brzmieć jak Nietzsche. Nie to, żeby kiedyś jakoś szczególnie mnie inspirował, ale w tych jego rozważaniach nad pędem życia coś jest na rzeczy...
     Sam właściwie nie wiem, od czego zacząć. Może od tematu najbardziej aktualnego i najbardziej "na rzeczy" - EURO2012. Szczerze i otwarcie przyznaję, że przed meczem inaugurującym skutecznie udało mi się walczyć z tą całą EURO-gorączką. "Pokopią, powrzeszczą i przejdzie" - serio, tak myślałem. Pewnie z tego względu, że najzwyczajniej w świecie miałem na głowie własne problemy. No i nie oszukujmy się, byłbym hipokrytą, gdybym pisał i głosił, że jestem jakimś wielkim fanem piłki nożnej. Owszem, lubię od czasu do czasu obejrzeć ciekawy mecz "z akcjami", ale dotychczas jakoś szczególnie mnie to nie obchodziło. Nawet infantylna grupa na facebooku "faceci, którzy nie interesują się piłką nożną są dla mnie podejrzani" pozostała dla mnie właśnie jedynie infantylną I nagle wszystko się zmieniło. Naprawdę nie mam pojęcia, czemu. Czy to pełen emocji mecz inaugurujący 8 czerwca? Czy jeszcze bardziej emocjonujący mecz z Rosją? A może widok kolorowej i tak bardzo europejskiej Warszawy dzień po rozpoczęciu mistrzostw, z okazałym Stadionem Narodowym na czele? Czy też równie rozwiwatowany co stolica Kraków i wszędobylski widok biało-czerwonej flagi, na serkach trójkątach Hochland włącznie? Z dnia na dzień Błaszczykowski stał się niemal idolem, a ja sam (na ogół, podkreślam - NA OGÓŁ, przeciwnik palenia) zjarałem się Tytoniem. No udzieliło mi się, i co najgorsze, chyba nic z tym zrobić nie mogę. Smutne tylko, że sesja za pasem. I że kolejne oglądane mecze z nagród zaczęły się stawać najzwyklejszymi w świecie zabieraczami czasu. Cholernie przyjemnymi w dodatku. No ale skoro jeszcze lekko ponad dwa tygodnie potrwa ten piłkoszał, może uda mi się wytrwać. I ostrzegam, jeśli usłyszycie w sobotę kogoś krzyczącego na fulla z powodu bramki Polaków i naszego awansu do ćwierćfinałów, to będę z pewnością ja.
     Przyczyn tego nagłego "zachłyśnięcia" dopatruję się w mojej fascynacji możnością zjednoczenia narodów. Naprawdę, mam tak od dawna. Właściwie odkąd tylko pamiętam, fascynowałem się miejscami zatłoczonymi i wypełnionymi ludźmi. Nie, że mnie to nie męczy, bo tłum męczy mnie przeokropnie, ale po prostu uwielbiam zetknięcie różnych ras, kultur, stylów życia. Myślę, że śmiało mogę o sobie powiedzieć, że jestem totalnym anty-rasistą i w jakiś sposób kosmpolitą. W końcu skąd wzięło się moje ogromne zainteresowanie Eurowizją i innymi tego typu plebiscytami i koncertami? Podobnie gale przyznawania nagród ludziom z całego świata, jak np. Oskary czy Złote Globy. Myślę, że właśnie dlatego atmosfera EURO tak na mnie zadziałała - w końcu mistrzostwa w piłce nożnej organizowane na miejscu są niepowtarzalną okazją do zetknięcia się z Nie-Polakami. I z niecierpliwością czekam na jutrzejszy mecz. POLSKA GOOOOOLLLAAAAA!
     Warto też wspomnieć w tym miejscu o przygotowaniu naszego kraju do tego wielkiego wydarzenia. Właściwie całą notkę miałem napisać na temat naszej "polskości" i jej barw, ale myślę, że na tą chwilę byłby to temat zbyt patetyczny i dlatego poruszę go przy następnej okazji. Wracając do przygotowań, zdarzyło mi się być w Warszawie dzień po inauguracji mistrzostw. Coś niesamowitego. Burza kolorów, na prawo i na lewo setki banerów, reklam, biało-czerwono! No i przede wszystkim te tysiące ludzi w centrum, również szalenie kolorowych, beztrosko kopiących piłkę czy zwiedzających z mapką w ręku stolicę Polski. Oczywiście nie zabrakło też kilkunastu żuli, którzy wykorzystując "strefy kibica" do granic możliwości, w ogródkach kwiatowych zorganizowali sobie domki i toalety. Wygląda to komicznie i obrzydliwie zarazem. Co ciekawe, krążą wokół nich dziesiątki policjantów, którzy najwyraźniej nic nie mogą im zrobić. Ale i to jest kolejnym kolorowym elementem tej całej układanki. Moim zdaniem Warszawa stanęła na wysokości zadania i bardzo dobrze przygotowała się do organizacji euro2012, chociaż przyjdzie jeszcze czas na weryfikację takich wniosków. W końcu to dopiero początek... Sam Stadion Narodowy też robi ogromne wrażenie. Owszem, kontrowersje kontrowersjami, ale myślę, że możemy być z niego dumni :)
     Zgrabnie udało mi się przejść do drugiego głównego tematu mojej dzisiejszej notki. Otóż byłem w Warszawie z powodu Orange Warsaw Festivalu, a właściwie z powodu głównej gwiazdy festiwalowej - zespołu Linkin Park! Czy pamiętacie te okresy z czasów gimnazjum i liceum, kiedy każdy miał swój ulubiony zespół muzyczny? Kiedy znało się na pamięć niemal wszystkie teksty piosenek z płyt? Ja tak właśnie miałem z Linkin Parkiem. Co ciekawe, miłością do tego zespołu zaraziła mnie moja ówczesna paczka przyjaciół. Nigdy nie zapomnę wieczorów spędzanych choćby w pokoju u M. na AK... I wywrzeszczanego tekstu "Crawling", który można było recytować z niemal zamkniętymi oczami. Obecnie błahe problemy były wtedy tak szalenie istotne i właśnie przy tej piosence można było tak łatwo zapomnieć o tym wszystkim, co wkurzało. A przecież w buntowniczym okresie dojrzewania każdy miał takie momenty... To nie znaczy oczywiście, że Linkin Park tworzy piosenki dla gimnazjalistów, broń Boże! Po prostu trafiłem do grupy zajaranej twórczością tego zespołu. I sam się zajarałem, z czego jestem szalenie dumny, bo to prawdziwy majstersztyk i klasa sama w sobie! Począwszy od niezwykle mądrych i metaforycznych tekstów, przeszedłszy przez niepowtarzalny klimat i na niesamowitych brzmieniach kończąc. No i właśnie, moje największe marzenie z tamtego czasu się spełniło. Udało mi się usłyszeć "linków" na żywo. Moich uczuć nie da się opisać przy pomocy słów... Coś naprawdę jedynego w swoim rodzaju! Były momenty, że zamykałem oczy i wracałem wspomnieniami właśnie do czasów fajnej paczki z W-y (bo przecież byliśmy naprawdę fajni, prawda?). Były chwile, kiedy wrzeszczałem razem z Chesterem. No i momenty, w których musiałem naprawdę mocno odetchnąć z wrażenia. Może opis moich uczuć wydaje się Wam śmieszny, ale sądzę, że każdy z Was zareagowałby podobnie na spotkaniu ze swoim idolem. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja, naprawdę kochacie muzykę i się nią pasjonujecie. Życzę każdemu z Was możliwości przeżycia czegoś tak fantastycznego. I nigdy nie marnujcie okazji, bo druga może się już nie zdarzyć. Ja już teraz wiem, że na pewno udam się na kolejne koncerty tego zespołu w Polsce. Szkoda tylko, że jeszcze nie wiadomo, kiedy odbędzie się kolejny, a coś czuję, że przyjdzie mi na niego poczekać co najmniej dobre dwa lata... Koniec końców, powrót do Krakowa okazał się bardzo spontaniczny. Siedząc jednak na średnio wygodnych fotelach "auto-stopowego" peugeota i słuchając płyty "linków" można się było spokojnie uśmiechać, kazać PKP się wypchać i myśleć sobie, że na tym świecie naprawdę jest mnóstwo fajnych ludzi. Przynajmniej ja właśnie tak sobie myślałem :)
     Wracając do "fajności" ludzi, nie sposób nie wspomnieć o chwilach rozgoryczenia. Owszem, nadal uważam, że należy wierzyć w ludzi, ufać im i nie zakładać na wstępie, że ktoś jest taki-czy-owaki. Ale naprawdę warto uważać. Szczególnie na tych, którzy nie mają swojego własnego życia i tak bardzo sprawia im radość sprawienie przykrości drugiej osobie. Jak pisałem na wstępie, brzydzę się fałszem i obłudą. Zwłaszcza, kiedy dotyczy to mnie i moich najbliższych osób. I naprawdę jestem pamiętliwy, więc radzę uważać i obrać kierunek na własne życie... A wierzyć w dobrych ludzi nie przestanę i Wam też tego wszystkiego życzę!
     Podsumowując, cieszę się, że znalazłem wreszcie chwilkę czasu na napisanie nowej notki. Zwłaszcza, że jakaś tajemnicza jednostka domagała się jej w komentarzach do poprzedniej (co, nie ukrywam, sprawiło mi ogromną radość). I zwłaszcza, że ja naprawdę uwielbiam pisać, a przecież - jak sam wspomniałem, w tym szalonym pędzie trzeba znaleźć chwilę czasu na własne przyjemności. Niech jutro nikt nie zapomni o kibicowaniu! 1:0 dla Nas! POOOOOLSKAAAAA! 
     I oczywiście zachęcam do komentowania tego "place for my head" :)