Nieprawdopodobne, ile to prawdy kryje się czasami za prostymi i banalnymi tekstami piosenek. Gorzkiej prawdy. Śmiesznej prawdy. Najprawdziwszej prawdy. Naprawdę przeróżnej prawdy. Bez wątpienia wyzwaniem w tym przypadku jest umieć dostrzec tą analogię, tylko na pozór nieskomplikowaną. Ci co mnie znają i z którymi raz na jakiś czas zdarza mi się imprezować doskonale wiedzą, że kiedy zasiądę za sterami komputera w roli dj'a, nie potrafię sobie i im odpuścić mojego ulubionego kawałka w wykonaniu Justina Timberlake'a. What goes around, comes around - co odchodzi, w końcu powraca. Proste hasło, które tak naprawdę jest nieco bardziej rozbudowaną wersją słowa "przeznaczenie". Ostatnie dni wciąż utwierdzają mnie w przekonaniu, że absolutnie nic nie dzieje się przypadkiem. Nie ma cudów, chwile są nieznośnie ulotne, a rzeczywistość prędzej czy później każdemu daje o sobie przypomnieć.
Jesteśmy na półmetku 2012 roku. Trzeba przyznać, że rozpoczęciu tego roku towarzyszył prawdziwy huk, który nie chciał ucichnąć jeszcze przez dłuższy czas. ACTA, przedłużenie wieku emerytalnego, absurdalnie skomplikowany system podatkowy. Kryzys w Grecji, zamieszki w Port Saidzie, głośna katastrofa kolejowa pod Szczekocinami, skandal związany z naszym Stadionem Narodowym. I wreszcie detektyw Rutkowski, który dzięki celebrytom Waśniewskim powrócił i to w prawdziwym świetle reflektorów. Wszystkie te wydarzenia w mniejszym lub większym stopniu interesowały Polaków przez ostatnie 6. miesięcy. Były łzy, były żale, były kłamstwa, ból, trwoga, żałość i nienawiść. I nagle nadszedł 8 czerwca - dzień, w którym niespodziewanie wszystko się zmieniło. Na kilkanaście dni absolutnie wszyscy postanowili przestać traktować swą ojczyznę jako osobliwe kondominium, a nawet najbardziej zawistni rywale postanowili zasiąść wspólnie na trybunach na Narodowym lub przed telewizorem, by kibicować naszym Orłom. Tak, stało się coś niesamowitego. W czasie meczów z Grecją, Rosją i Czechami ulice naprawdę opustoszały. Nawet największy antyfan piłki nożnej w nocy o północy potrafiłby wskazać w grupie 11-u Lewandowskiego, Błaszczykowskiego czy Tytonia. Przecież to nasi nowi bohaterowie narodowi! To w ich ręce powierzyliśmy nasze losy! Nie zapominając oczywiście o Franku Smudzie, który jeszcze przed pamiętnym meczem z Czechami był na wszystkich portalach wychwalany ponad niebiosa. "Wreszcie znalazł się ktoś, kto potrafi z tych naszych chłopaków COŚ wykrzesać!", "Smuda na naszych oczach dokonuje prawdziwej rewolucji w polskiej piłce nożnej!". I właśnie wtedy nadszedł ten dzień. Przegraliśmy. Nie udało się. Znowu, po raz kolejny. A przecież miało być tak pięknie! Przecież już planowaliśmy, jak ogramy Niemców w półfinałach! No ale w sumie z czym do ludzi... Przecież ta nasza kadra to banda niedołęgów! No jak oni mogli tak zagrać ?! Co się z nimi stało?! Czemu ten cholerny Smuda pozwolił na coś takiego? Wywalić Smudę! Wymienić całą kadrę! Rozwiązać PZPN!
Z dnia na dzień czar prysł. Zniknęły biało-czerwone flagi, ojczyźniana reklama biedronkowa została zastąpiona przez nową, maxymalnie komercyjną (no błagam Was, kuferek kibica?), nasi piłkarze przestali być bohaterami. Wcześniejsze słodkie i pełne optymizmu hasła zostały okraszone całkiem dużą porcją narodowego jadu. Rozpoczęły się wzajemne oskarżenia, szukanie winnych, powróciła nasza polska nienawiść i poczucie niedowartościowania. Niemal wszyscy zapomnieli o tym, że przecież mistrzostwa jeszcze się nie zakończyły. A my, jako gospodarze powinniśmy brać w nich przynajmniej bierne uczestnictwo do samego końca. Jeśli o mnie chodzi, to najsmutniejsze wydaje mi się jednak to, iż właściwie nikt w Polsce nie zwrócił uwagi na to, że przez ostatnie dni paradoksalnie wygraliśmy mecz. I to nie jeden! Cała Europa zobaczyła Polaków jako tych rozśpiewanych, uśmiechniętych, gościnnych. Polska kuchnia została wychwalona nad niebiosa, podobnie jak nasze piękne (śmiem twierdzić, iż najpiękniejsze!) dziewczyny. Najfajniejszy był chyba jednak nasz narodowy luz, mania wspólnego kibicowania, biel i czerwień dosłownie wszędzie. No i pozytywne nastawienie do pozostałych kibiców. Oczywiście, zdarzyły się bójki i burdy, ale przecież hołoty nigdzie nie brakuje. Pokazaliśmy tej bandzie napuszonych dziennikarzy z BBC, że ich "antypolski" reportaż naprawdę jest stekiem bzdur. No i przede wszystkim pokazaliśmy samym sobie, że potrafimy. Że się da i pomimo wielu wcześniejszych obaw, Polacy potrafią. Bo przecież jesteśmy naprawdę fajnym narodem! Ja sam jakiś czas temu zaangażowałem się w akcję zaproponowaną Nam Polakom przez prasę i z dumą nosiłem przyklejoną do koszulki naklejkę z napisem "Fajna Polska". Skąd więc bierze się w nas (z dnia na dzień) tyle nienawiści, że aż sami nie potrafimy jej ciężaru udźwignąć? Czemu potrafimy być tacy fajni tylko momentami, od parady? Dlaczego po przegranej nie zachowujemy się jak Irlandczycy, którzy z uśmiechami na twarzach do końca trwali przy swoich. Czemu w obliczu klęski od razu obrzucamy się błotem i wracamy do tej gorszej Polski, z rzeką przekleństw na forach internetowych, z chamstwem na drogach i psimi kupami na prawo i lewo "bo przecież w Polsce nikt ich nie sprząta"?
Ostatnie dni przynoszą coraz to nowsze rewelacje. Prawdziwy upust swym emocjom dali Wojewódzki i Figurski, którzy na antenie radio Eska w swej porannej audycji całej Polsce pokazali, jak bliskie jest im chamstwo, rasizm i brak jakiegokolwiek szacunku dla innych narodów. I gdyby to było pierwszy raz... Śmieszą i równocześnie złoszczą mnie ich tłumaczenia. Bo bez wątpienia nie można mówić o ich audycji jako o autoironicznej czy satyrycznej. A tekstów Mrożka i Gombrowicza to ci panowie chyba na oczy nie widzieli. Jestem natomiast pełen podziwu dla młodego pokolenia, które natychmiast zainterweniowało i dzięki któremu zarówno Wojewódzki i Figurski stracili pracę. Takim rasistowskim i seksistowskim akcjom ja też mówię stanowcze NIE. Co jeszcze przyniosły nam ostatnie dni? Bandę idiotów z PiSu, którzy chcą karać za in vitro. Wyrok dla Dody, który jasno pokazał, że w naszym kraju długa jeszcze droga do prawdziwej demokracji. I informację o Waśniewskiej pracującej w nocnym klubie przy rurze - jakby to kogoś naprawdę miało obchodzić... Tym samym stało się to, co stać się musiało. Po kilkunastu naprawdę fajnych dniach, to co odeszło, szybko wróciło. I aż strach się bać, co przyniesie jutrzejszy dzień...
Tekst Timberlake'a ma też odniesienie do życia każdego z nas. Wierzcie lub nie, ale czasem trzeba dać sobie szansę, podjąć ryzyko i pozwolić, aby to coś "wróciło". Ostatnie dni udowodniły też mi jako człowiekowi, że określone sytuacje mają swój finał właśnie tam, gdzie się zaczęły. I czasem zderzenia z takimi powracającymi sytuacjami mogą naprawdę uspokoić. Przynajmniej na jakiś czas. W końcu "z prochu powstałeś, w proch się obrócisz". Przypadek? Czy może najprawdziwsza prawda?
Zmierzając do końca, trochę zejdę z tonu. Rozpoczęły się wakacje. Jest przerażająco gorąco, pojawiają się coraz to nowsze wakacyjne hity, jest czas na rower/książkę/film/leżing/plażing/nicnierobing! Ja sam mam na te wakacje tyle planów, że naprawdę nie wiem, czy zdołam je wszystkie wcielić w życie! Jedno jest pewne - na pewno wrócę po nich odmieniony (to już taka moja prywatna walka z samym sobą - i to DOSŁOWNIE). W sumie to nawet już mi się udało - jeden dzień na słońcu i już jestem mulatem ;)
Udanych wakacji Wam wszystkim życzę! I w swym słodkim lenistwie nie zapomnijcie, żeby tu czasem zajrzeć! ;)
A jutro niech wygra lepszy! Enjoy!

