Bardzo serdecznie zapraszam wszystkich odwiedzających na mojego nowego bloga, który w całości poświęcony jest kinie, filmom, serialom, aktorom i reżyserom. Projekt "Badacz codzienności" tymczasowo zawieszam - być może kiedyś do niego wrócę. Póki co chcę skupić się na FILMplanecie, do której odwiedzin gorąco Was zachęcam.
Bardzo dziękuję też za wszystkie dotychczasowe komentarze. Niezwykle miło wiedzieć, że są osoby, które chcą mnie czytać i które odwiedzały to miejsce z własnej i nieprzymuszonej woli. To właśnie Wy zmotywowaliście mnie do utworzenia nowego, już znacznie bardziej profesjonalnego bloga. Wielkie dzięki i liczę, że spotkamy się na FILMplanecie :)
Ostatnie dni raczej mnie nie rozpieszczały. Z powodów znanych tylko samemu Panu Bogu, przez kilka ostatnich dni jakoś wciąż było mi "nie po drodze". I to w wielu kwestiach. Złośliwość rzeczy martwych? Niekoniecznie. Niestety, nie zawsze za całe zło da się winić to, co nieożywione. Ja naprawdę bardzo wierzę w ludzi, w ich szeroko-pojętą dobroć i bezwarunkową chęć niesienia pomocy. Jak na ironię, wszechświat ostatnio zupełnie mi się przeciwstawił i to jeszcze w okresie przedświątecznym, kiedy przecież wszyscy tak bardzo olśniewają blaskiem swych aureoli i tak bardzo chcą czynić dobro, że czasem aż chce się rzygać. No niestety, mnie jakoś pomóc nikt nie chciał, a Ci, od których pomocy mógłbym najbardziej oczekiwać, byli poza moim zasięgiem (dosłownie i w przenośni). W jednej chwili straciłem swoją wielką wiarę w ludzi, w ich bezinteresowność i dobroć. Jednocześnie zdałem sobie sprawę, jak ogromnym frajerem byłem przez te wszystkie lata, kiedy niejednokrotnie byłem "na skinienie" niektórych osób, czasem nawet tych zupełnie obcych, z powodu najzwyczajniejszej w świecie szczerej chęci pomocy. A tymczasem co spotkało mnie w ciężkiej sytuacji, kiedy to właśnie ja potrzebowałem pomocy? Znieczulica. Wszędzie wokół. Coraz większa, coraz szersza i niestety coraz okrutniejsza. Oby w te święta udało się ją wytępić w całości...
Jak każdym świętom, także i tym towarzyszy przedświąteczna gorączka. W galeriach handlowych szał na całego. Ludzie biegają za wszystkim i za niczym. Jedni skrupulatnie skreślają z list nazwy odwiedzonych miejsc lub zakupionych prezentów, inni biegają zupełnie na oślep zastanawiając się, co jeszcze powinni zrobić lub dokąd powinni się udać. Ciekawe jest to, że w tym tłumie bezwzględnych zombie udaje się też znaleźć ludzi zupełnie obojętnych na to, co nadchodzi. Para pijanych i cuchnących na kilometr bezdomnych staruszków, którzy z anielską cierpliwością przeszukują kosze na śmieci w poszukiwaniu resztek jedzenia lub niedopałków. Kilkumiesięczne dziecko niesione przez matkę na rękach, które z ciekawskim spojrzeniem rozgląda się wokół i zastanawia się, za czym ci wszyscy ludzie tak biegają. Wreszcie cały zabandażowany młody chłopak, który z ostatkiem sił przemierza o kulach najwyższe piętro Galerii Krakowskiej i z jakąś pustką w oczach wpatruje się w ubrane kolorowo choinki. Może ma świadomość, że już więcej ich nie zobaczy? Co ciekawe, takich typów nikt z pogrążonych w świątecznej gorączce ludzi nie dostrzega. Co gorsza, niektórzy traktują ich jak powietrze. Scena na dworcu, kiedy niewidomy mężczyzna prosi mijających go ludzi o pomoc przy wyjściu z pociągu, a wszyscy go ignorują, chyba na zawsze pozostanie mi w pamięci. Oczywiście natychmiast pospieszyłem mu z pomocą i nawet pomogłem mu dojść na dworzec PKS, gdzie, jak on to powiedział "czekają inne takie kaleki jak on, bo wybierają się na wspólny wyjazd do Zawoi". Nie chcę się tu chwalić, jak bardzo empatyczny jestem (pomimo tej chorej znieczulicy, która także i mnie ostatnio dosięgła!) - po prostu w trakcie tej krótkiej rozmowy dowiedziałem się, jak bardzo nasz kraj jest nieprzystosowany dla osób chorych i kalekich. Jakby na przekór, wszystko i wszyscy są przeciwko nim. Przed niemal każdym muszą udowadniać swe kalectwo poprzez okazanie odpowiedniej sterty zaświadczeń i wykrzyczenie na głos, że są słabi i potrzebują pomocy. Czy naprawdę komukolwiek sprawia przyjemność poczucie wyższości nad niepełnosprawnymi? Chore to, chory ten kraj, prawo i ludzie. Niestety.
Tę postępującą dehumanizację widać w wielu kwestiach społecznych. Czytałem ostatnio szalenie ciekawy artykuł na temat tego, co sprawia ludziom największą przyjemność. Zatrważające, że największa część ankietowanych marzy o władzy. Ludzie chcą rządzić z naprawdę różnych przyczyn. Żeby udowodnić sobie, że potrafią. Żeby pokazać innym, że są kimś lepszym i że mają wpływy. I że czasem wystarczy ich jedno kiwnięcie palcem, aby kogoś zniszczyć, zatem należy się ich bać. Żeby móc osiągnąć zamierzone cele, żeby móc się na kimś zemścić. I co najważniejsze, żeby mieć pod sobą armię drżących sługów. Szokujące, skąd w nas wszystkich tak niskie poczucie własnej wartości. Albo z drugiej strony, skąd takie wysokie? Dokąd zmierza to wszystko, skoro tak wielką przyjemność sprawia ludziom sprawowanie kontroli nad innymi? W sumie treść artykułu i wyniki prowadzonych badań doskonale znajdują swoje odzwierciedlenie w dzisiejszych mediach. W niemal każdym talent show stojąca na środku sceny "jednostka" skazuje się na ostre i niejednokrotnie bardzo niesprawiedliwe oceny przez jakieś "święte" jury, który w dodatku dostaje kupę forsy za to, że szydzi, obraża i ośmieli się powiedzieć na wizji niecenzuralne słowa. Oczywiście ostatecznie o wygranej zdecydują ludzie, którzy wcześniej każdego zmieszają z błotem na byle jakim portalu lub forum internetowym. Anonimowo, rzecz jasna. Do dziś zastanawiam się, dlaczego tak mało osób odpowiedziało, że przyjemność sprawia im bycie zdrowym, spędzanie czasu z przyjaciółmi lub poświęcanie się swoim pasjom, mniejszym lub większym.
Mam bardzo wiele refleksji związanych z tymi świętami, także religijnych, ale nie chcę zanudzać. To wszystko, o czym wyżej napisałem, wyraźnie pokazuje, że świat wcale nie jest tak kolorowy, jak może się wydawać. I uwierzcie mi, te czy inne święta wcale tego nie zmienią. Ale czy jest to powód, dla którego należałoby z tych świąt zrezygnować lub się od nich odciąć? Absolutnie nie. Bo choć nikt nie jest w stanie zmienić się przez te trzy dni świąt, to przecież warto spróbować. Święta Bożego Narodzenia posiadają swoją magię i absolutnie każdy musi się z tym zgodzić. Kolendy wzruszają nawet największego ważniaka. Wigilia to najlepszy czas do rodzinnego spotkania, pojednania. Wreszcie jest czas na długie rozmowy, na jedzenie pyszności, na spełnienie najbliższym radości poprzez kupno jakiegoś drobiazgu i włożenie go w kolorowe pudełko... Z pewnością to także czas zadumy, chwila własnej refleksji i poświęcenie choć odrobiny czasu na prywatną rozmowę z Bogiem. Należy jednak pamiętać, żeby w tej wielkiej radości nie zapominać o tych, którzy nie mają tego szczęścia z kim dzielić. Odrobina empatii i ludzkiej życzliwości wystarczy, nic więcej.
Kochani, życzę Wam wesołych świąt Bożego Narodzenia. Niech będą absolutnie wyjątkowe!
Życzę Wam, abyście umieli patrzeć i dostrzegać to, co czasem niewidoczne.
Abyście potrafili słuchać i abyście zawsze umieli dosłyszeć to, co potrzeba.
Abyście potrafili myśleć i wypowiadać to na głos, bo tylko dzięki temu nie będziecie nijacy.
Abyście potrafili odczuwać i czuć. I nawet jeśli ciężko przychodzi Wam rozmawianie o tym, w te święta zróbcie wyjątek.
A Nowy Rok 2013 niech będzie dla nas wszystkich najszczęśliwszy! Chociaż o to chyba nie musimy się jakoś szczególnie obawiać. Skoro przeżyliśmy kolejny koniec świata, to chyba nic nas nie zabije ;)
ps: a ja, pomimo tej chorej znieczulicy, w ludzi wierzyć jednak nie przestanę! ;)
Na samym początku pragnę przeprosić za to, że nie pisałem przez cały miesiąc, ale złożyło się na to naprawdę dużo czynników. Po pierwsze, nie miałem na to czasu (to jest zawsze najlepsze wytłumaczenie!). Po drugie, nie chciało mi się. A po trzecie, bo po co? Trzeba przyznać, że przez miniony miesiąc miałem trochę pod górkę i to przede wszystkim przez samego siebie, no ale cóż, takie życie. Bardzo nieprzyjemny jesienny mikroklimat też nie sprzyja wenie, a wręcz przeciwnie - powoduje jakąś dziwną chandrę. Pojawił się również tzw. czynnik rodzinny - zostałem wujkiem, co niezmiernie mnie cieszy (M. jest najsłodszy na świecie!), ale z drugiej strony taka wiadomość może wpędzić w kolejną chandrę. Bo przecież starość nie radość, prawda? Chociaż co mają powiedzieć ci, którzy w tym samym momencie zostali babcią i dziadkiem? Haha, gorące pozdrowienia z tego miejsca dla nich :) No, ale dosyć prywaty! Przejdźmy do rzeczy. O "Pokłosiu" Pasikowskiego, który bez wątpienia można uznać za najbardziej kontrowersyjny film roku, powiedziano i napisano już chyba niemal wszystko. Ja jednak film widziałem dopiero wczoraj. I jako, że poruszył mnie naprawdę dogłębnie, chcę właśnie jemu poświęcić tą listopadową notkę.
Pasikowski oparł fabułę na historii, jaka miała miejsce w Jedwabnem. Doszło tam do pogromu żydowskiego. W całej sprawie najistotniejsze (co jest karygodne, bo przecież zginęli tam ludzie!) zdaje się być to, iż za owy pogrom odpowiadali Polacy. Zginęło 340 Żydów, z czego 300 zostało spalonych żywcem w zamkniętej stodole. Bohaterowie filmu Pasikowskiego, dwaj bracia (znakomicie Ireneusz Czop i Maciej Stuhr w tych rolach) starają się poznać historię, jaka wydarzyła się przed laty w ich miejscu zamieszkania. A jako, że jest to historia bardzo niewygodna dla mieszkańców tej niewielkiej wsi, sami z góry skazują się na "walkę z wiatrakami". Oczywiście z biegiem czasu wychodzi na jaw, że za pogrom Żydów we wsi odpowiadają nie Niemcy, a jej dawni mieszkańcy, Polacy. I to jest właśnie najmocniejszy punkt całej tej historii, polski antysemityzm. Punkt, przez który Pasikowski oraz Czop i Stuhr zostali zmieszani z błotem. Bo niby jak polski reżyser może stworzyć film, w którym pokazuje tak okrutne oblicze Polaków? I jak w ogóle Maciek Stuhr śmie wypowiadać się, że szalenie cieszy się, iż mógł zagrać w tym filmie i przyczynić się do propagowania prawdy? Prawdy? Jakiej prawdy?! Przecież to wszystko brednie! Kłamstwa i głupie slogany powtarzane przez lemingów wierzących ślepo w Lisa, Tuska czy Wojewódzkiego... I właśnie tym sposobem od dobrego, a wręcz znakomitego filmu doszliśmy do kolejnej afery, do kolejnych kłótni, afer, awantur i wzajemnych oskarżeń... A przecież to tylko 107-minutowy fragment historii... Historii, która pomimo bycia nieco przerysowaną, powinna nas skłonić do samodzielnych refleksji...
O antysemityzmie miałem napisać już kiedyś, po przeczytaniu serii artykułów o Żydach w jednym z polskich tygodników opinii. Chociaż wszyscy starają się to negować, problem istnieje. Bo przecież każdy z nas słyszał, albo nawet opowiadał kiedyś przynajmniej jeden kawał o Żydach. Bo przecież chyba nie ma miejscowości bez budynku, na którym widnieje uroczy napis w stylu: "Z okazji walentynek j***ć Żydów". I chyba każdy z nas powiedział kiedyś do kolegi czy koleżanki: "no weź, nie bądź takim Żydem!". Te wszystkie slogany, kawały i teksty są tak powszechne, że nawet nie zwraca się uwagi na to, jaki mają wydźwięk. A gdyby tak zamienić w każdym z nich słowo "Żyd" na słowo "Polak" albo na swoje imię? Czy wtedy dowcip będzie równie śmieszny? Czy będzie nam miło? Jak się poczujemy? Wyobraźcie sobie zatem, co czuje i co myśli sobie owy Żyd słysząc to i tamto. A przecież, na Boga, mamy XXI wiek! Właśnie takie refleksje wysnuł Pasikowski po przeczytaniu kontrowersyjnej książki "Sąsiedzi" Grossa opisującej pogrom w Jedwabnem i natychmiast przelał je na papier w formie scenariusza. W tym momencie warto wspomnieć o tym, jakie problemy napotykał. Scenariusz powstał już w 2005 roku (7 lat temu!), jednak nikt nie chciał mu pomóc w realizacji ze względu na "trudny i niewygodny temat". Państwowy Instytut Sztuki Filmowej odmówił dofinansowania, producentowi nie pomogło wsparcie wybitnych osobowości, nawet Bogusław Linda odmówił zagrania roli w filmie twierdząc, że jego treść jest niezgodna z jego przekonaniami! A przecież to tylko film! Zastanawiające, dlaczego akurat właśnie ten film napotkał na swej drodze tyle przeszkód, podczas gdy badziewia w stylu "Kac Wawa" czy "Wyjazdu integracyjnego" realizowane są niemal od razu... Moim zdaniem jest to spowodowane tym, że najtrudniej "przyznać się do trupa we własnej szafie". Smutne i skandaliczne jest to, że w dzisiejszych czasach ludzie wciąż boją się mówić prawdę, nawet tą bolesną i niewygodną. Historia w filmie jest oczywiście przerysowana, ale to dlatego, aby miała jeszcze większy wydźwięk. Nie rozumiem też, dlaczego wszyscy nagle rzucili się na Maćka Stuhra.
Przecież nazywanie go Breivikiem, Żydem czy "anty-Polakiem" jest czystym
idiotyzmem. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle aktorowi przypisuje się
poglądy granej przez niego postaci. Nie da się ukryć, że problem polskiego antysemityzmu istnieje i spotykamy się z nim codziennie czytając hasła wypisane na klatkach schodowych czy ścianach budynków. I muszę w tym miejscu napisać, że kompletnie nie rozumiem osób, które na różnych forach i portalach wypisują, iż w trakcie seansu wybuchały śmiechem z powodu tego, jak bardzo pozbawiona sensu jest fabuła. Jaka by ona nie była, chodzi w niej o śmierć ludzi. Trzeba być zatem pozbawionym jakichkolwiek uczuć debilem, aby śmiać się z czyjejś śmierci. To tyle w tej kwestii.
Mnie w całej historii bardziej uderza jednak jeszcze coś innego, a mianowicie powstanie dwóch obozów w Polsce, zwolenników i przeciwników "Pokłosia". Do grupy tych pierwszych przypisuje się lewicowych lemingów, a do drugich skrajnych prawicowych dziobaków. No i czy to nie jest śmieszne? Dlaczego w Polsce przez ostatnie lata wciąż tworzą się przeciwne obozy? Dlaczego każdego próbuje się przypisać do jednej z tych dwóch grup i dlaczego wszystko widzi się jedynie w bieli lub w czerni? Szlag mnie trafia, kiedy wciąż czytam w prasie o wzajemnych oskarżeniach! Najgorsze jest to, że oskarżają się już nie tylko politycy, ale też ludzie mediów (jak np. Kukiz) czy zwykli internauci, którzy anonimowo wyrzucają z siebie jad przy każdej możliwej okazji... Ileż można słuchać w radio o zamachu i kulcie religii smoleńskiej? Bo chyba właśnie takiego określenia trzeba używać względem ludzi ślepo wierzących w zamach... Jak można wypuścić w Polskę nierzetelny artykuł o znalezieniu trotylu na wraku samolotu i oskarżać o zamach (a nawet, cytując prezesa PiSu, "o zamordowanie") niewinnych ludzi? Z drugiej strony, jak można było dopuścić do tego, aby w grobach ofiar katastrofy smoleńskiej znajdowały się inne ciała? Jak to jest możliwe, że wciąż nie wiadomo, kto wykonał połączenia z telefonu prezydenta Kaczyńskiego już po wypadku i jego śmierci? Przecież właśnie takie niewyjaśnione sprawy stwarzają wątpliwości i sprawiają, że mamy do czynienia z coraz większą liczbą prawicowych ekstremistów w Europie! A potem się dziwimy, że jakiś tam Brunon K. chciał wysadzić sejm... Chociaż akurat ta sprawa też ma drugie dno i można by się nad nią bardzo długo rozwodzić, a chyba w tej notce nie ma już na to miejsca. Podsumowując, rzekomo antypolski film wywołał kolejną wojnę polsko-polską, kolejny podział i kolejną serię wyzwisk...
Moim zdaniem każdy powinien obejrzeć "Pokłosie" Pasikowskiego. Nie zgadzam się z tezą dotyczącą jego antypolskości, a wręcz uważam, iż przesłanie filmu jest odwrotne. Zgadzam się ze słowami prof. Głowińskiego, który w jednym z wywiadów powiedział, że "(...) tylko społeczeństwa dojrzałe, na najwyższym poziomie kultury, są w stanie mówić o tym, co w ich historii jest niechwalebne". Uważam, że powinno powstawać jak najwięcej filmów tego typu i kieruję do pana Pasikowskiego naprawdę ogromne ukłony z mojej strony. Polecam też wszystkim gorąco film pt. "Chłopiec w pasiastej piżamie" - robi niesamowite wrażenie! Moją notką nie chciałem nikogo urazić. Jeśli ktoś, kto nie zgadza się z moimi słowami czuje się obrażony, przepraszam. I jednocześnie zachęcam do dyskusji w komentarzach.
Na koniec fragment wywiadu z Pasikowskim:
dziennikarz: Jak pan reaguje dziś, gdy ktoś w pana obecności rzuca antysemicki dowcip?
Pasikowski: Mam takie powiedzenie zapożyczone od Pawła Edelmana: "są, k***a, żarty, które mnie nie śmieszą". Na ogół to jest jak kubeł zimnej wody wylanej na łeb żartownisia.
dziennikarz: "Dla spokoju ducha to robię" - powiedział pan kiedyś o "Pokłosiu". Udało się go panu osiągnąć?
Pasikowski: Nie.
I jeszcze świeżutki singiel Damiana Ukeje! (po nowym roku płytaaaaa! :))
W nocy z czwartku na piątek, o magicznej godzinie 00:07 miałem przyjemność uczestniczyć w ekskluzywnej premierze najnowszego filmu o jedynym w swoim rodzaju agencie Jamesie Bondzie. To już 23. z kolei część przedstawiająca nam jego przygody. Co do samej premiery, przebiegła w naprawdę ciekawym klimacie. Krakowskie kino Kijów Centrum rzeczywiście znakomicie sprawdza się w tego typu imprezach. Niektórych mogła nieco drażnić godzina rozpoczęcia seansu, no ale przecież chyba raz na jakiś czas warto zarwać nockę. W końcu to Bond! Reklama dźwignią handlu? Właśnie o tym chciałbym dziś napisać kilka słów.
"Skyfall" pokazuje nam zupełnie nowe, inne oblicze Bonda. Został przeprowadzony niejako proces jego "desuperbohateryzacji", według jednych skutecznej, według innych nieco mniej. Bo oto okazuje się, że agent 007 wcale nie jest takim niezniszczalnym ideałem i ma wady, jak większość z nas. Jeden z krytyków napisał, że jest on zwierciadłem naszych lęków i fobii, ale ja nie będę na tyle odważny. W końcu moje życie na Bondzie się nie kończy ;) Rzeczywiście, w "Skyfall" po raz 1. znacznie odważniej mówi się o uzależnieniu 007 od leków i whisky. Na dodatek bardzo wyraźny jest spadek jego formy fizycznej. No i jak to? Nasz superbohater właściwie nie przechodzi pomyślnie żadnego z testów? Dla oddanych fanów jego nieludzkiej siły i zręczności jest to bez wątpienia prawdziwy cios... Nie jestem wielkim fanem Bonda i nie widziałem większości filmów o jego przygodach, ale nawet ja potrafię dostrzec bardzo wyraźne archetypy naszego superbohatera. Jego nienaganny wygląd, otoczenie pięknych kobiet, wyrachowanie i ciemny charakter - to te elementy, które się nie zmieniły. Oczywiście jest też mnóstwo efektownych pościgów, scen walki i efektów specjalnych, ale moim zdaniem nie one są najmocniejszą stroną tej części filmu. Jak dla mnie wygrywają aktorzy. Javier Bardem i Judi Dench wznieśli się na wyżyny swych aktorskich umiejętności. I o ile o Judi można było to już napisać przy poprzednich częściach, o tyle postać kreowana przez Javiera jest naprawdę najbardziej barwną postacią w "Skyfall". Pozornie zdziecinniały i chyba sam nie potrafiący określić swej orientacji seksualnej, a tak naprawdę żądny zemsty i śmiertelnie niebezpieczny. Mnie osobiście nieco wkurzało podobieństwo Silvy do Jokera z Mrocznego rycerza. Momentami miałem wręcz wrażenie, że Javier stara się go naśladować, ale nawet jeśli tak było, to nie umniejsza to jego talentu. Wspólna scena Craiga i Bardema na opuszczonej wyspie to prawdziwy majstersztyk! Sam Daniel Craig jest moim zdaniem najlepszym z dotychczasowych odtwórców roli Bonda. Oczywiście wielu fanów wciąż nie może pogodzić się z faktem, że nagle ich ulubiony bohater jest blondynem. Śmieszą mnie jednak niektóre krytyczne opinie jak np. "dziwnie biega", "ma jeden biceps większy od drugiego", "w jego oczach nie ma tego czegoś, co miał Moore". Może jednak po 3. już jego filmie o Bondzie warto dać mu wreszcie szansę? Zwłaszcza, że wcieli się on w tą rolę w jeszcze dwóch kolejnych częściach. Notabene, już współczuję jego następcy, który pewnie już na starcie ma przypisaną całą listę wad. Co jeszcze na plus? Niesamowite, błyskotliwe dialogi! Jest kilka momentów, w których można się pośmiać. I jest to humor w naprawdę najwyższym wydaniu. Zero prostactwa, dużo złośliwości (którą ja osobiście uwielbiam :P). No i co najważniejsze, minimum inteligencji to coś, bez czego nie warto udawać się do kina. Na pochwałę zasługują też wspaniałe zdjęcia i brak "reklamówek", no chyba, że tylko mi nic nie rzucało się w oczy. Na sam koniec zostawiłem sobie muzykę. Bosssssska! Czołówka w wykonaniu Adele to coś, co każdy musi zobaczyć! Wzniosła, bondowska, klimatyczna, wbijająca w krzesło. Właściwie jest mini streszczeniem tego, co nas czeka. Ukazuje, że ta część skupi się właśnie przede wszystkim na psychologii głównego bohatera. Jak dla mnie, czołówka to jeden z najmocniejszych punktów tego filmu. Adele jak zwykle niedościgniona!
Co na minus? Niestety, jak dla mnie dziewczyny Bonda. Jako reprezentant płci brzydkiej liczyłem jednak na nieco większe wrażenia estetyczne :P Ogólnie rzecz biorąc tragedii pod tym względem nie było, ale Berenice Marlohe i Naomie Harris to jak dla mnie trochę za mało. Oczywiście to kwestia bardzo subiektywna, piszę jedynie o własnych odczuciach. Jeżeli chodzi o Marlohe, to nie podobała mi się też jej gra aktorska. Scena ukazania strachu poprzez drżenie ręki wyszła jak dla mnie przekomicznie. Oczywiście scenarzyści musieli jeszcze dodać w dialogu, że Severine się boi, jak gdyby zakładając, że widz się tego nie domyśli. No trochę dziwnie to wyszło. Z grymasem na twarzy oglądałem też przygotowania do obrony willi w Skyfall. Miałem wrażenie, że oglądam kolejną część "Kevina samego w domu", chociaż z drugiej strony M. wymyślająca pułapki przypominała mi chyba jednak bardziej McGyvera. No i te rażące błędy w scenariuszu... Czy nasz stary poczciwy Szkot uciekając wraz z M. musiał korzystać z latarki, która przepięknie ukazywała ich położenie w bezkresnym morzu ciemności? Czy grupa chcąca zastrzelić M. w budynku rządowym naprawdę musiała strzelać wszędzie, gdzie popadnie, byle nie w nią? Oczywiście o nieśmiertelności Bonda nie śmiem pisać - w końcu to już nic nadzwyczajnego i udając się na ten film nie należy obśmiewać tego, jak to dziwnym przypadkiem udało mu się przeżyć. Dużo kontrowersji budzi też zakończenie. Ja jestem w grupie tych, których ono nieco rozczarowało. Filmweb ocenia film na 8,1/10. Imdb daje mu 8,5/10, a jak dla mnie, ogólnie rzecz biorąc, mocne 7,5/10. Cieszę się, że agent 007 wciąż pozostaje szarmanckim mizoginem, ale jednak po tak masakrycznej reklamie liczyłem na nieco więcej.
Jako, że na samym początku wspomniałem o reklamie, przytoczę kilka ciekawostek. Wiecie, że Sony zapłacił producentom "Skyfall" 45 mln. dol. za to, że Bond będzie w nim używał ich najnowszej komórki? Oraz że każdy film o Bondzie przynosi producentom średnio 100 mln. dol. dzięki samym kontraktom reklamowym? Ogólnie rzecz biorąc filmy o 007 są drugie w rankingu najbardziej dochodowych produkcji kinowych wszech czasów. Jak na razie Harry Potter wciąż nad nimi góruje, co mnie osobiście bardzo cieszy. Swoją drogą, kiedy przeczytałem w jednej z gazet artykuł o samym marketingu i zdałem sobie sprawę, że udając się do kina sam stanę się jego elementem, poczułem dziwne przerażenie. Mimo to gorąco polecam wszystkim "Skyfall", wyróbcie sobie swoje własne zdanie i zachęcam do gorącej dyskusji w komentarzach :)
Nie byłbym sobą, gdybym na sam koniec nie skomentował tego, co ostatnio dzieje się w naszym kraju i w mediach. A nie dzieje się dobrze. Polityczna przyszłość naszego kraju mnie przeraża. Naprawdę są momenty, że zastanawiam się, czy po studiach po prostu nie spakować walizek. I z tego co wiem, nie ja jedyny mam takie myśli. Smutne, że partia rządząca ani opozycja nie potrafią zrobić nic, aby przerwać to podświadome wołanie Polaków o pomoc. Kwestia meczu i braku dachu też daje nam sporo do myślenia. Wielki plus dla wszystkich internautów za to, że potrafią skutecznie obśmiać obciach, dzięki czemu schodzi on na drugi plan. O naszych celebrytach nie chce mi się już nawet pisać. Jest mi jednak niedobrze na samą myśl, że doskonale wszystkim znana Katarzyna W. weźmie udział w "Fashion Week" jako modelka. I w ogóle ta cała jej sesja na koniu w Super Expressie. Bez kitu, taki kretynizm to jednak chyba tylko w Polsce... Chodźmy zamordować kilka dzieci i oszukajmy kilka milionów Polaków, a zrobią z nas gwiazdy... PA-RA-NO-JA...
Co na sam koniec chcę dodać od siebie, to zalecenie, aby na maksa korzystać z życia. Naprawdę nie sądziłem, że brak czasu i ciągłe zabieganie mogą być tak przyjemne. Pozdrowienia dla tych, którzy ostatnio też są gośćmi w swoim własnym domu :P I przepraszam wszystkich tych, dla których nie mam czasu. Naprawdę nie ściemniam, po prostu ostatnio mam zbyt wiele do ogarnięcia.
Dziękuję za ogrom komentarzy pod poprzednią notką i tradycyjnie już zachęcam do komentowania :)
ps: wreszcie nauczyłem się tańczyć gangnam style! to też Wam polecam! :D
Ostatnio niemal na każdym kroku ktoś lub coś uświadamia mi, jak to całe nasze życie jest dziwnie skonstruowane i zaplanowane. Wydaje się, że skoro rodzimy się i umieramy w cierpieniu (swoją drogą, łaskawy Pan Bóg mógł to nieco inaczej zaplanować...), to cały odcinek czasowy pomiędzy tymi dwoma punktami wyznaczającymi naszą egzystencję, powinien obfitować w szczęścia, te większe i mniejsze. Tymczasem niejednokrotnie okazuje się, że z każdym rokiem jest coraz ciężej. Coraz mniej czasu dla siebie, coraz więcej problemów z innymi, coraz więcej niezrozumienia dla tego, co nas otacza. I wszystko to okraszone rosnącą funkcją odpowiedzialności. A przecież kiedy byliśmy dziećmi, tak bardzo każdy z nas chciał dorosnąć. Przecież dorośli mogą wszystko! Brak jakichkolwiek zakazów i nakazów, życie w zgodzie z samym sobą, podążanie samodzielnie wybraną ścieżką i przede wszystkim niezależność. Przewrotnie, wraz z kolejnym rokiem wspomnianej dorosłości, coraz częściej wraca się myślami do czasów dzieciństwa czy szeroko rozumianej młodości. Nie będę tu udawał mędrca, bo sam jestem jeszcze bardzo młodym człowiekiem i sądzę, że całe życie jeszcze przede mną, ale opisuję sytuacje, jakich jestem świadkiem. I mi także zdarza się podczas rozmów z rodziną czy przyjaciółmi wspominać różne momenty sprzed kilkunastu lat. Jednocześnie zastanawiam się, jak będę wspominał te chwile "tu i teraz" za kolejnych kilkanaście lat. Czy będę z siebie zadowolony? Czy będę uśmiechał się pod nosem myśląc "to były czasy"? A może zaświta mi w głowie, że jednak nie wszystko zrobiłem tak, jak trzeba i że moje życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej? Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, tak jak i Wy, którzy to czytacie, a śmiem przewidywać, iż większość osób tu trafiających jest właśnie w moim wieku. No, ale przejdźmy do rzeczy. W końcu coś musiało mnie skłonić do takich refleksji...
Wpadła mi w ręce znakomita książka pt. "Spalony", autobiografia Andrzeja Iwana, jednego z lepszych piłkarzy dawnej Wisły Kraków. Lektura niezwykle gorzka, szczera do bólu, czasem wywołująca na twarzy grymas. Bez wątpienia jest to swoistego rodzaju literacka spowiedź piłkarza, jego rozliczenie z przeszłością. Lektura na tyle porywająca, że pochłonąłem ją przez dwa wieczory. Nie jest to książka zawierająca wyszukane hasła czy frazesy, ani tym bardziej napisana "grzecznym" językiem, tak samo zresztą, jak i grzeczne nie było całe życie Iwana. Poznajemy bardzo szczegółowo jego historię, począwszy od młodości spędzonej na blokowiskach Nowej Huty, przez pierwsze mecze w Wandzie Kraków, Wiśle Kraków i w kadrze narodowej, aż po pobyt w ośrodku odwykowym dla alkoholików. Iwan bardzo sumiennie rozlicza się ze swą własną przeszłością, obnażając przy tym gorzkie fakty z życia ludzi go otaczających, w tym m.in. doskonale znanych: Gmocha, Bońka czy innych dawnych piłkarzy z drużyny Wisły i reprezentacji Polski. Oczom czytelnika ukazuje się naprawdę nieprawdopodobna historia, która doskonale prezentuje też ówczesną Polskę, pełną bagna, szwindlów, korupcji i kolesiostwa. No i wszystko to polewane hektolitrami wódki, za którą można było mieć wszystko i która niejednemu zniszczyła życie. Iwan bardzo szczerze wyznaje, jak to wszystko wtedy wyglądało. Jego młodość to jedna wielka szalona impreza, tysiące różnorakich bójek po pijaku, setki zwiedzonych klubów, dziesiątki wypadków samochodowych i zaliczonych dziewczyn. No i mecze, które grał najczęściej będąc wciąż nietrzeźwym po poprzedniej nocy. Przeczytanie tej książki daje też możliwość poznania kibicom Wisły Kraków całej historii ich ukochanego klubu. Naprawdę, dużo ciekawych rzeczy można się dowiedzieć. Ale ja chcę się tu skupić na czymś innym. Iwan wprost wyznaje, że cierpi na chorobę alkoholową i jest w pełni świadomy, że miała ona początek właśnie u progu jego kariery piłkarskiej. I choć wie, że wódka zniszczyła niemal całe jego życie, nigdy nie zamieniłby się na nie z kimś innym. Czytając jego wspomnienia niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że wspomnienia do tych cudownych czasów z jego młodości najzwyczajniej go wzruszają. Często powtarza "to były najlepsze czasy!", "cudowne czasy!", "tak dobrze jak wtedy, już nigdy potem nie było"! I mnie jako czytelnika właśnie to najbardziej porusza. Andrzej Iwan nie jest już wrakiem człowieka (aczkolwiek, jak sam twierdzi, nigdy nie wiadomo, kiedy znowu sięgnie po kieliszek, bo alkoholikiem jest się przez całe życie), ale nawet kiedy nim był, ani przez chwilę nie żałował swojego życia. Sądzę, że o takiej refleksji marzy każdy człowiek w podeszłym wieku. Chyba miło obejrzeć się za siebie i pomimo świadomości popełnionych błędów czuć, że i tak było warto? Bardzo gorąco polecam wszystkim książkę, warto przeczytać.
Jestem w takim wieku i na takim etapie swojego życia, że ostatnio stosunkowo często zastanawiam się, co i jak będzie dalej. Myślę, że to pytanie statystyczny student 5. roku każdego kierunku zadaje sobie średnio raz na tydzień (pozdro dla tych żyjących chwilą ;)). Z rozmów z moimi bliższymi i dalszymi znajomymi można wywnioskować, że każdy ma swoje większe i mniejsze zmartwienia. Każdy wciąż zadaje sobie jakieś pytanie i szuka na nie odpowiedzi. Czy dobrze postąpiłem/am? Czy właśnie tego chciałem/am? Czy mój związek jest taki, jaki powinien być? A może tkwię w miejscu i czas ruszyć dalej? Może mogę zmienić sam/sama siebie? Czy wybrałem/am dobry kierunek studiów? Czy wystarczającą ilość czasu poświęcam na sprawy ważne? Czy jestem w porządku wobec swoich bliskich? Czy nie marnuję czasu? To tylko przykłady pytań, które najczęściej stawiamy samym sobie. Myślę jednak, że nie warto być tak śmiertelnie poważnym i tak skrupulatnie wszystkiego planować. Życie już nie raz nauczyło mnie, że często to, co spontaniczne i niezaplanowane okazuje się być najlepsze! Poza tym w tych mądrych rozważaniach nad sobą należy pozwolić sobie na chwilę słabości, może nawet egoizmu. W końcu raz na jakiś czas trzeba pomyśleć o samym sobie. Ileż można zadowalać innych?! Właśnie zerkam na kubek, z którego piję herbatę i czytam napis, jaki na nim widnieje: "Ważne, aby odnaleźć smak szczęścia w codzienności". Szalenie mi się to hasło podoba i bez wątpienia pasuje na puentę do tej notki. No, ale to jeszcze nie koniec ;)
Po sobie i po moich bliskich też widzę znamię upływu czasu ;) Wczoraj zdarzyło nam się bawić w jednym z krakowskich klubów. I co z tego, że muzyka była ok i że towarzystwo wyborowe, skoro i tak było bardzo średnio? Oczywiście winę można zwalić na stan zatłoczenia klubu (bo naprawdę nie dało się oddychać!), ale też najzwyczajniej w świecie, przynajmniej ja, nie czuję już tego klimatu ;) Chyba nieuchronnie się starzeję :P Nigdy nie byłem wielkim fanem clubbingu (a wręcz przeciwnie, lubuję się w domówkach w swoim towarzystwie), ale raz na jakiś czas przecież można się rozerwać. Tyle tylko, że tłum spoconych i często nietrzeźwych ludzi oraz wszechobecny dym powodujący pieczenie oczu po kilku godzinach staje się naprawdę nie do zniesienia. Naprawdę nie jestem drętwy ani sztywny, ale po prostu wczoraj nie czułem tego czegoś. Na dodatek miałem wrażenie, że przeważająca większość bawiących się ludzi jest ode mnie duuuuuużo młodsza. No ale ok, winę zwalam na klub i zatłoczenie wynikające z "czwartku studenckiego" i pewnie jeszcze kilka razy zaryzykuję wyprawę na rynek w celach zabawowych! ;) Aczkolwiek, jak dla mnie przynajmniej, domówki górą!
Wystartowały nowe sezony seriali zza oceanu, wszystkie absolutnie znakomite! Czasem trzeba się nieco nagimnastykować z czasem, aby móc je śledzić w miarę na bieżąco. To, co mnie absolutnie uderza w nowych odcinkach to odmienione spojrzenie bohaterów na świat, znalezienie się w nowych sytuacjach. Dziwne, że tylko niektórzy scenarzyści są na tyle inteligentni, aby pozwolić bohaterom swych seriali na dojrzewanie i dorastanie wraz z widzami. Być może właśnie dlatego nie śledzę żadnego z polskich seriali, gdyż najzwyczajniej w świecie są one głupie i nastawione jedynie do żeńskiej części publiczności. Ciągłe zdrady, ciąże i romanse są przecież od dawna przereklamowane! I po co tracić cenny czas na coś nic niewnoszącego do naszego życia, skoro można go poświęcić na cele bardziej ambitne? Ja od dawna jestem wielkim fanem seriali młodzieżowych, których nie mogę co prawda nazwać ambitnymi (musiałbym być naprawdę hipokrytą...), ale lubię właśnie ten moment dorastania wraz z bohaterami, którzy często są w moim wieku i dojrzewają do pewnych życiowych decyzji razem ze mną i z moimi rówieśnikami. Na przykład 4. sezon Glee moim skromnym zdaniem nie umywa się do poprzednich, ale to w takim pozytywnym znaczeniu! Naprawdę warto pogratulować scenarzystom, którzy tworzą super historię dalszych losów paczki z liceum. Doskonale zresztą przenosi się to na wyniki oglądalności. Fanom seriali gorąco polecam też nowe sezony Dextera i Homeland! Wracając jednak do bohaterów Glee, podoba mi się, jak scenarzyści ukazują dorastanie bohaterów. Jest ono związane nie tylko ze zmianą wyglądu czy stylu, ale też z ich decyzjami, niekoniecznie dobrymi. No, a poza tym mam sentyment do tego serialu ze względu na muzykę :)
W mediach prawdziwa burza! Wszyscy obrzucają się błotem! W Polsce jak na razie na prowadzeniu jest Kaczyński, w Ameryce Romney. Pomimo własnego zdania w tej kwestii, nie będę się tutaj do tego ustosunkowywał. Jedno jest pewne: jakąkolwiek decyzję podejmą przyszli wyborcy i tak nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej! W minionym tygodniu ogromnego zamieszania narobił ranking tygodnika Wprost dotyczący NAJgłupszych programów telewizyjnych. Widzowie czują się obrażeni za to, że są krytykowani za oglądanie swych ulubionych programów. A ja tak naprawdę mam to kompletnie gdzieś. Sam decyduję co oglądam, czego słucham i co mi się podoba. Rzeczywiście, trzeba przyznać, że wśród programów wymienionych w tym rankingu nie ma zbyt wielu szczególnie mądrych. W końcu czego może nauczyć Wojewódzki, który tracąc oglądalność zaprasza do swego programu coraz bardziej żenujące gwiazdki czy jakaś tam perfekcyjna pani domu, która na szpilkach biega ze ściereczką i twierdzi, że bez szuflady na przyprawy nie da się dobrze wychować dzieci? No paranoja, totalna paranoja. Z drugiej strony uderza to, że w rankingu znaleźli się też Tomasz Lis i Magda Gessler, którzy jeszcze przed kilkoma miesiącami pisali dla Wprost felietony. To jasno ukazuje, jacy hipokryci ten ranking układali i jak bardzo jest on nierzetelny.
No i proste pytanie mi się teraz nasuwa: jak w tym całym bagnie znaleźć smak szczęścia w codzienności? Może macie jakieś własne, sprawdzone sposoby? :P Komentujcie :)
Zastanawiające, nigdy nie wiadome jest to, w jakiej sytuacji postawi nas los. Jest w tym odrobina jakiejś magii, bo przecież to co wyskoczy nagle zza rogu lub spadnie na nas niczym "prosto z nieba", może być naprawdę przyjemne i rozwijające. Na ogół mamy jednak zwyczaj głupiego generalizowania i utwierdzania nie tylko samych siebie, lecz także wszystkich dookoła, że "los się na nas uwziął". A przecież nikt tak naprawdę nie wie, jakie jest jego przeznaczenie. Sami kierujemy swym życiem, sami obieramy odpowiedni kurs na nie i przecież w każdej chwili możemy go zmienić. I właśnie najciekawsze jest to, że czasem znajdujemy się w sytuacji, jakiej kompletnie nie planowaliśmy. Z takich spontanicznych sytuacji można jednak wyciągnąć wiele ciekawych wniosków. Ja sam znalazłem się ostatnio w zupełnie nowej dla mnie sytuacji. Jako uczestnik kursu pedagogicznego musiałem przeprowadzić kilka lekcji chemii z uczniami gimnazjum, czyli stanąłem z tej drugiej strony tablicy. Było bez wątpienia ciekawie i pouczająco. Jednocześnie cała ta sytuacja pozwoliła mi spojrzeć na całą moją ścieżkę edukacyjną (a właściwie na moich pedagogów) z zupełnie nowym, świeżym spojrzeniem. No, ale o tym później. Tak więc dziś o wynikach badania codzienności prosto spod tablicy ;)
Uwierzcie mi, z tej drugiej strony naprawdę wszystko widać! Absolutnie wszystko! Już po jakichś pięciu minutach można łatwo zorientować się, kto zajmuje jaką pozycję w klasowej, a być może nawet i w szkolnej hierarchii. Widać sympatie i antypatie, długie spojrzenia wynikające zarówno z pierwszych młodzieńczych zauroczeń, jak i ze zwykłej zazdrości lub złości, które przecież nikomu z nas nie są obce. Widać, kto błądzi myślami po księżycu, a kto jest naprawdę zainteresowany i żądny wiedzy. No i naprawdę widać, kiedy ktoś ściąga! ;) Jeśli więc do tej pory sądziliście, że byliście w szkole mistrzami ściągania, to zapewniam Was, że w dużej mierze tytuł ten zawdzięczacie przychylnemu oku nauczyciela. Miałem wątpliwą przyjemność przeprowadzenia i sprawdzenia sprawdzianu, tak więc byłem naocznym świadkiem prób ściągania. I widząc te szybkie i ukradkowe spojrzenia, a to na mnie jako ich opiekuna, a to na kartkę z odpowiedziami kolegi siedzącego obok, po prostu chciało mi się śmiać. Więcej doświadczeń zdołałem jednak zdobyć prowadząc lekcje. Otóż w jednej chwili to ja sam musiałem zapanować nad grupką niemal dwudziestu nieznanych mi gimnazjalistów, którzy już od pierwszej sekundy po wejściu do sali lekcyjnej, patrzyli na mnie z wielką nieufnością i jednoczesnym zainteresowaniem. I właśnie w tym jednym jedynym momencie zdałem sobie sprawę, co to znaczy być nauczycielem. Każda z tych dwudziestu osób śledzi niemal każdy twój ruch i uważnie przysłuchuje się każdemu twemu słowu. Co więcej, nie raz pozwala sobie na bardzo krytyczne i odważne komentarze pod kątem twojej osoby. A ty musisz wciąż zachowywać zimną krew, być osobą przyjazną, godną zaufania i jednocześnie surową oraz pilnującą porządku. Miałem to szczęście, że trafiłem na grupkę naprawdę fajnych młodych ludzi, którzy po pierwszych dziesięciu minutach kompletnego milczenia i braku reakcji na to, co staram im się przekazać, zaczęli w końcu ze mną współpracować. Współpraca zaowocowała nawet kilkoma bardzo dobrymi ocenami z aktywności. Co prawda, kwestia sprawdzianu nie była już taka kolorowa, ale nie o tym chcę tu pisać. Pragnę zwrócić uwagę na to, aby każdy z nas chociaż czasami starał się postawić w sytuacji drugiego człowieka. Ja po tych kilku godzinach praktyki w szkole rozumiem już prośby nauczyciela lub wykładowcy o to, aby w trakcie wykładu nie rozmawiać i uważać, bo to naprawdę przeszkadza, rozprasza i deprymuje. No ale nie o samą szkołę tu chodzi. W naszym codziennym życiu wiele jest sytuacji, w których wyśmiewamy lub szydzimy z zachowania innych nie wiedząc, że być może wkrótce to nam przyjdzie postawić się w ich sytuacji i zmierzyć z podobnymi zadaniami. Mam tu na myśli różnego rodzaju sprzedawców, ankieterów czy choćby prezesów, szefów. Może kiedy dzwoni do nas obsługa sieci warto jednak na spokojnie oznajmić, że nie interesuje nas nowa oferta, zamiast rzucać wyzwiskami i okazywać złość? W końcu po drugiej stronie telefonu znajduje się osoba podobna do każdego z nas, która po prostu wykonuje zlecone zadania. Naprawdę, myślenie i odrobina empatii nie boli, a może zaoszczędzić nam wielu stresów i problemów.
Cała ta szkolna zabawa w pedagoga pozwoliła mi też zwrócić uwagę na to, jaki owy pedagog powinien być. Kiedy wracam wspomnieniami do niektórych wydarzeń z moich szkół, nie raz włos mi się na głowie jeży. Rzeczywiście, bardzo często to uczniowie są tymi gorszymi i utrudniają prowadzenie lekcji oraz po prostu przeszkadzają. Zdarza się jednak i tak, że to nauczyciele mają o sobie zbyt wysokie mniemanie i najzwyczajniej w świecie nie potrafią pełnić wyznaczonej roli, czyli wychowywać. Dla mnie aspekt wychowywania jest nierozłączny z szacunkiem dla drugiego człowieka. Właśnie w ten sposób wychowali mnie rodzice - zawsze traktowali mnie jako równorzędnego partnera, potrafili ze mną rozmawiać i przede wszystkim zawsze chcieli mnie wysłuchać. Myślę (mam nadzieję?), że uniknęli przy tym efektu rozpieszczenia, który jest coraz częściej obserwowany u młodych rodzin. Właśnie dzięki takiemu traktowaniu przez rodziców ja sam też potrafię rozmawiać, słuchać i nienawidzę z góry oceniać (w ogóle sądzę, że przypinanie komuś jakichkolwiek "łatek" jest jedną z najbardziej krzywdzących rzeczy). I sądzę, że bez szacunku dla drugiego człowieka nie może być mowy o jakimkolwiek nauczaniu czy pedagogice. Bo czy pedagogiem może siebie nazwać osoba, która na forum całej klasy pyta ucznia w okularach o to, jak bardzo jest ślepy? Albo która każe się do siebie zwracać per "pani profesor" (mimo tytułu magistra) twierdząc, że ze stwierdzeniem "proszę pani" można się udać jedynie do pani sprzątaczki? Czy pedagogiem powinna być osoba, która z powodów osobistych traktuje wybranego ucznia inaczej od wszystkich, odbiegając już od tego, czy go wychwala pod niebiosa, czy obniża jego poczucie własnej wartości wciąż starając mu się udowodnić, że do niczego się nie nadaje? Wreszcie, czy pedagogiem powinna być osoba, która własne niepowodzenia wychowawcze lub problemy emocjonalne przelewa na swych uczniów? Zdecydowanie nie... Wszystkie podane przeze mnie powyżej przykłady pochodzą z życia codziennego, z życia mojego i moich znajomych. Zastanawiające, że dopiero z wiekiem i z osiągnięciem dojrzałości dociera do człowieka, w jak podły sposób był nieraz traktowany... A czy może być coś gorszego niż upokorzenia na tle całej klasy w wieku, w którym człowiek się rozwija i szuka swojej przynależności, swojego miejsca? Czasy bicia linijką po łapach czy stania w kątach odeszły w niepamięć, zatem najwyższa pora, aby niezdolni mentalnie, a wręcz śmiem stwierdzić, iż mentalnie upośledzeni nauczyciele także odeszli do lamusa. To nie jest średniowiecze i ciemnogród, ale coraz bardziej otwarty i świadomy społecznie świat. Dzisiejsze dzieciaki ze szkoły podstawowej czy gimnazjum w żaden sposób nie przypominają tych z moich czasów. Każde z nich jest przekonane, że ma rację, że jego zdanie jest ważne i że należy się z nim liczyć. I bez wątpienia żadne z nich nie pozwoli sobie na podłe traktowanie przez nauczycieli. Oczywiście pośród wielu wad (zbyt wysokie mniemanie o sobie szóstoklasisty nie jest wcale niczym dobrym!), ma to zalety. Rządy niektórych pseudo-pedagogów zakończą się raz na zawsze, a mnie jako osobę dręczoną kiedyś przez nauczyciela z powodów czysto osobistych (pomimo, nie chwaląc się, naprawdę dobrych wyników w nauce) ogromnie to cieszy. Całe szczęście, że na swej drodze spotkałem w przeważającej ilości tych normalnych nauczycieli, sprawiedliwych, nieprzypinających "łatek" i traktujących uczniów z szacunkiem. Ufff, koniec tej mini-spowiedzi.
Suma summarum, bądźmy po prostu ludźmi. Otwartymi na innych ludzi. Potrafiącymi słuchać i mówić o tym, czego pragniemy i co nas boli. Nie tkwijmy biernie w miejscu, w bezruchu, sądząc, że w końcu będzie lepiej. Nie pozwalajmy się krzywdzić, bądźmy sobą i przede wszystkim dążmy do tego, aby cieszyć się z każdego dnia. Bo tylko dzięki prostemu przekazowi, czyli mówieniu wprost, możemy być naprawdę szczęśliwi. Tak jak obecnie jestem ja :)
Na sam koniec tradycyjnie już miła pioseneczka i prośba do moich bliskich znajomych, którzy znają z przeszłości przytoczone przeze mnie przykłady o to, aby w ewentualnych komentarzach powstrzymać się jednak od rzucania nazwiskami ;) I oczywiście komentujcie! Może sami też macie jakieś historie, jakimi chcecie się podzielić? :)
Teoretycznie wakacje już za nami, w praktyce (przynajmniej dla mnie i innych studentów) jeszcze prawie miesiąc leniuchowania. Pocieszające, że pod względem astronomicznym pozostały niemal trzy tygodnie lata, a jako, że przez ostatnie dwa dni słońce wyjątkowo często wygląda zza chmur, należy myśleć optymistycznie i mieć nadzieję, że owe trzy tygodnie nas rozpieszczą i pozwolą swobodnie naładować akumulatory na cały rok akademicki. Ja postanowiłem nieco ukrócić swe lenistwo doskonałe i chociaż częściowo powrócić do swych zwyczajów, w tym do pisania, w związku z czym od dziś zarządzam koniec sezonu ogórkowego na tym blogu! Pełen sił i energii wracam do badania codzienności. Aby jednak na dobre rozpocząć nowy sezon, warto najpierw rozliczyć się z treści ostatniej, przedwakacyjnej notki, w której skrytykowałem naszą narodowościową dumę, nasze cwaniactwo, wredność i zaściankowość. Dziś chciałbym udowodnić, że Polacy jako naród niekoniecznie muszą być wciąż krytykowani. A posłużę się przykładem polskiego filmu, z którego naprawdę powinniśmy być dumni. A jeśli to dla któregoś z Szanownych Czytelników za wiele, radzę przynajmniej bliżej przyjrzeć się polskiej kinematografii z ostatnich pięciu lat. I nie chodzi mi tu o głośne, wszędzie rozreklamowane i niestety tak głupie, że wręcz obrażające potencjalnego widza dzieła pokroju "Wyjazdu integracyjnego" czy "Kac Wawa".
Niestety, ale prawda jest brutalna. Najwięcej i najgłośniej mówi się u nas w kraju o filmach naprawdę słabych, w tym najczęściej o nieśmiesznych komediach romantycznych lub kiepskich podróbkach filmów z zachodu. Osoby nieinteresujące się zbytnio filmowymi nowościami i niemające czasu na codzienne poszperanie na portalach filmowych nie mają szans na zobaczenie dzieł naprawdę ambitnych, poruszających ważne problemy i przede wszystkim stworzonych z szacunkiem dla widza. Nie chodzi mi w żadnym wypadku o kino niezależne, które przez ostatnie dwa lata rozwija się w naprawdę błyskawicznym tempie, ale o polskie kino niszowe. Jeśli w filmie nie występują Szyc, Karolak lub Figura, na ogół się o nim nie mówi. Chyba, że mamy do czynienia z treścią wyjątkowo odbiegającą od normalności, wręcz patologiczną, z tematem tabu. Takie filmy doskonale się sprzedają, bo ludzie lubią oglądać to, co zakazane i inne. Tak było przecież w przypadku "Galerianek", "Sponsoringu", czy może nieco mniej głośnego filmu "Świnki". Wszystkie trzy wymienione tytuły bez wątpienia zasługują na uwagę i to nie tylko dlatego, że pokazują ważne (chociaż zdecydowanie zbyt przerysowane) problemy społeczne, ale przede wszystkim ze względu na znakomite kreacje aktorskie Polaków, zwłaszcza Joanny Kulig (bardzo odważna kreacja aktorska w "Sponsoringu") czy Filipa Garbacza i Daniela Furmaniaka (obydwaj znakomicie zagrali w "Świnkach"). Nie wiem, jak potoczą się losy Furmaniaka, bo jak na razie ma na koncie jedynie dwa filmy, ale Garbaczowi wróżę naprawdę wielką karierę. Chłopak jest jeszcze bardzo młody i zdecydowanie nie przypomina typowego aktora-amanta, co tak naprawdę jest wielkim plusem, bo nie pozwoli mu na zaszufladkowanie w gatunku dennych komedii romantycznych. Filip bardzo dobrze zagrał też w "Matce Teresie od kotów", u boku Mateusza Kościukiewicza, 26-letniego aktora, w którym ja osobiście pokładam największe nadzieje. Nie sprzedaje się mediom, nie gra w serialach i przede wszystkim wciąż realizuje ciekawe projekty. Ostatnio było o nim trochę głośniej z powodu ślubu z Szumowską, nad czym bardzo ubolewam. Bo dlaczego nie mówi się o nim jako o znakomitym aktorze tylko już przykleja łatkę młodego cwaniaczka, który przez ślub ze znaną reżyserką i scenarzystką liczy na osiągnięcie sukcesu? Wszystkim, którzy Mateusza nie kojarzą, polecam bardzo dobry film "Wszystko, co kocham" oraz "Matkę Teresę od kotów". Przyzwoicie zagrał też w "Bez wstydu", a obecnie pracuje nad "Baczyńskim", "Nowhere", "Baby blues" i "Wałęsą". Wszystkich czterech filmów z jego udziałem jestem szalenie ciekawy. Jeśli chodzi o innych aktorów młodego pokolenia, równie interesująco przedstawia się postać Jakuba Gierszała, znanego przede wszystkim z "Sali samobójców". Na ekrany kin wszedł właśnie najnowszy film z jego udziałem "Yuma", którego niestety jeszcze nie widziałem. Film zbiera jednak jak na razie bardzo dobre opinie i oceny (7,1 na filmwebie dla polskiego filmu to naprawdę coś), a zatem musi być naprawdę dobry. Jeśli chodzi o płeć piękną, mocno kibicuję Aleksandrze Hamkało ("Sala samobójców", "Big love") oraz Oldze Frycz. Obie są bardzo atrakcyjne, młode i zdolne. Moją uwagę bardziej przyciąga jednak ta druga. Nie można jej przypiąć łatki "idealnie pięknej kobiety", ale bez wątpienia posiada ona coś, co przynajmniej mnie elektryzuje. Przypomina mi ona nieco Kristen Stewart. Zabawne, że Kościukiewicza, który partnerował jej we "Wszystko, co kocham" określa się mianem polskiego Pattinsona. Może to właśnie dlatego Jacek Borcuch połączył ich na ekranie? ;)
Nie można jednak skupiać się tylko na młodym pokoleniu, gdyż mamy wielu znakomitych i tylko nieco starszych aktorów. Wśród kobiet na wielką uwagę zasługują: Magdalena Boczarska ("Różyczka", "Zero"), Izabela Kuna ("Lincz", "Galerianki", "Lejdis"), mój osobisty ideał piękna i klasy Magdalena Cielecka ("Wenecja", "Mniejsze zło"), Agnieszka Grochowska ("W ciemności", "Bez wstydu"), Maja Ostaszewska ("Uwikłanie"), Ewa Wencel ("Plac zbawiciela"). Jeżeli chodzi o mężczyzn, to w absolutnej czołówce są Marcin Dorociński i Robert Więckiewicz ("Wymyk", "W ciemności", "Różyczka", "Vinci"). Bardzo ubolewam nad tym, że większość polskich aktorów poświęca życie i karierę na grę w polskich serialach, przez co sami się szufladkują i tracą szansę na realizację naprawdę fajnych projektów. Wymienieni przeze mnie wyżej panowie od tej reguły odbiegają, co zdecydowanie im służy. Więcej pochwał niż Dorociński w ostatnim czasie dostał mało który polski aktor. Całkowicie na wszystkie zasługuje, bo chyba nie ma takiego drugiego, który tak bardzo angażowałby się w życie tworzonej przez siebie postaci. Należy jednak pamiętać, że oprócz fantastycznych kreacji aktorskich ("Róża", "Lęk wysokości", "Rewers") zaliczył też kilka wpadek ("Kobieta, która pragnęła mężczyzny", "Idealny facet dla mojej dziewczyny", "Miłość na wybiegu"). Takiemu wielkiemu aktorowi można, a chyba nawet trzeba to wybaczyć. Wymieniając nazwiska dobrych (moim zdaniem) polskich aktorów i aktorek, w nawiasach wymieniłem tytuły naprawdę dobrych polskich filmów z ostatnich trzech, czterech lat. Bardzo polecam wszystkim, aby w miarę możliwości skusili się na zobaczenie chociaż kilku z nich. Najbardziej zachęcam do obejrzenia: "Placu zbawiciela", "Różyczki", "Linczu", "Bez wstydu", "Wymyku", "Joanny". Bo "Różę", nominowane do Oskara "W ciemności", "Dom zły" i "Rewers" na pewno każdy już widział, a jeśli jeszcze nie, niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że polscy reżyserzy i scenarzyści są naprawdę dobrzy w dramatach społecznych i obyczajowych. I to właśnie takich filmów powinno w Polsce jak najwięcej powstawać. Po co tworzymy durne wersje własnego "Kac Vegas" czy kiepskie komedie romantyczne ("Tylko mnie kochaj" i "Listy do M." są tu wyjątkami), skoro one ani trochę nie śmieszą, a wręcz przeciwnie, oburzają i wkurzają. To właśnie dla takich tworów powstały specjalne polskie nagrody filmowe dla najgorszych filmów "Węże". W poprzednim roku niechlubne pierwsze miejsca przypadły między innymi Nataszy Urbańskiej, Borysowi Szycowi, Pawłowi Małaszyńskiemu, natomiast za najgorszy film roku 2011 uznano "Wyjazd integracyjny". Miejmy nadzieję, że pojawienie się tych nagród przyczyni się do tego, że w następnych latach będą powstawać tylko dobre filmy.
A myślę, że warto być optymistą, bo zapowiada się naprawdę ciekawy pod względem polskich filmów sezon. Już we wrześniu na ekrany kin wchodzi najnowszy film Leszka Dawida "Jesteś Bogiem" o legendarnej grupie Paktofonika. Bardzo interesująco zapowiadają się też: "W sypialni", "Trzy siostry T", "Sęp" i "Baby blues". No i wreszcie coraz bliżej premiery bardzo głośnych: "Obławy", "Tajemnicy Westerplatte" i "Wałęsy". A jak to wszystko będzie, czas i widzowie zweryfikują :)
Na sam koniec fragment wywiadu z Mateuszem Kościukiewiczem:
dziennikarz: Masz jakiś plan na te 10 lat?
M.K.: Co ty, stary. Plany nie wypalają. Chciałbym robić filmy, pisać, śpiewać, tanczyć, k..., recytować.
dziennikarz: Nie myślałeś, żeby pójść do serialu?
M.K.: Zamęczyłbym się. Nie interesuje mnie uczestniczenie w celebryckim przewodzie pokarmowym, nie chcę ulec strawieniu. W Polsce jest tyle ciekawych środowisk, w których można się realizować artystycznie i intelektualnie.
No i jeszcze zapowiedź "Yumy" :) Komentujcie, proszę :)
Nieprawdopodobne, ile to prawdy kryje się czasami za prostymi i banalnymi tekstami piosenek. Gorzkiej prawdy. Śmiesznej prawdy. Najprawdziwszej prawdy. Naprawdę przeróżnej prawdy. Bez wątpienia wyzwaniem w tym przypadku jest umieć dostrzec tą analogię, tylko na pozór nieskomplikowaną. Ci co mnie znają i z którymi raz na jakiś czas zdarza mi się imprezować doskonale wiedzą, że kiedy zasiądę za sterami komputera w roli dj'a, nie potrafię sobie i im odpuścić mojego ulubionego kawałka w wykonaniu Justina Timberlake'a. What goes around, comes around - co odchodzi, w końcu powraca. Proste hasło, które tak naprawdę jest nieco bardziej rozbudowaną wersją słowa "przeznaczenie". Ostatnie dni wciąż utwierdzają mnie w przekonaniu, że absolutnie nic nie dzieje się przypadkiem. Nie ma cudów, chwile są nieznośnie ulotne, a rzeczywistość prędzej czy później każdemu daje o sobie przypomnieć.
Jesteśmy na półmetku 2012 roku. Trzeba przyznać, że rozpoczęciu tego roku towarzyszył prawdziwy huk, który nie chciał ucichnąć jeszcze przez dłuższy czas. ACTA, przedłużenie wieku emerytalnego, absurdalnie skomplikowany system podatkowy. Kryzys w Grecji, zamieszki w Port Saidzie, głośna katastrofa kolejowa pod Szczekocinami, skandal związany z naszym Stadionem Narodowym. I wreszcie detektyw Rutkowski, który dzięki celebrytom Waśniewskim powrócił i to w prawdziwym świetle reflektorów. Wszystkie te wydarzenia w mniejszym lub większym stopniu interesowały Polaków przez ostatnie 6. miesięcy. Były łzy, były żale, były kłamstwa, ból, trwoga, żałość i nienawiść. I nagle nadszedł 8 czerwca - dzień, w którym niespodziewanie wszystko się zmieniło. Na kilkanaście dni absolutnie wszyscy postanowili przestać traktować swą ojczyznę jako osobliwe kondominium, a nawet najbardziej zawistni rywale postanowili zasiąść wspólnie na trybunach na Narodowym lub przed telewizorem, by kibicować naszym Orłom. Tak, stało się coś niesamowitego. W czasie meczów z Grecją, Rosją i Czechami ulice naprawdę opustoszały. Nawet największy antyfan piłki nożnej w nocy o północy potrafiłby wskazać w grupie 11-u Lewandowskiego, Błaszczykowskiego czy Tytonia. Przecież to nasi nowi bohaterowie narodowi! To w ich ręce powierzyliśmy nasze losy! Nie zapominając oczywiście o Franku Smudzie, który jeszcze przed pamiętnym meczem z Czechami był na wszystkich portalach wychwalany ponad niebiosa. "Wreszcie znalazł się ktoś, kto potrafi z tych naszych chłopaków COŚ wykrzesać!", "Smuda na naszych oczach dokonuje prawdziwej rewolucji w polskiej piłce nożnej!". I właśnie wtedy nadszedł ten dzień. Przegraliśmy. Nie udało się. Znowu, po raz kolejny. A przecież miało być tak pięknie! Przecież już planowaliśmy, jak ogramy Niemców w półfinałach! No ale w sumie z czym do ludzi... Przecież ta nasza kadra to banda niedołęgów! No jak oni mogli tak zagrać ?! Co się z nimi stało?! Czemu ten cholerny Smuda pozwolił na coś takiego? Wywalić Smudę! Wymienić całą kadrę! Rozwiązać PZPN!
Z dnia na dzień czar prysł. Zniknęły biało-czerwone flagi, ojczyźniana reklama biedronkowa została zastąpiona przez nową, maxymalnie komercyjną (no błagam Was, kuferek kibica?), nasi piłkarze przestali być bohaterami. Wcześniejsze słodkie i pełne optymizmu hasła zostały okraszone całkiem dużą porcją narodowego jadu. Rozpoczęły się wzajemne oskarżenia, szukanie winnych, powróciła nasza polska nienawiść i poczucie niedowartościowania. Niemal wszyscy zapomnieli o tym, że przecież mistrzostwa jeszcze się nie zakończyły. A my, jako gospodarze powinniśmy brać w nich przynajmniej bierne uczestnictwo do samego końca. Jeśli o mnie chodzi, to najsmutniejsze wydaje mi się jednak to, iż właściwie nikt w Polsce nie zwrócił uwagi na to, że przez ostatnie dni paradoksalnie wygraliśmy mecz. I to nie jeden! Cała Europa zobaczyła Polaków jako tych rozśpiewanych, uśmiechniętych, gościnnych. Polska kuchnia została wychwalona nad niebiosa, podobnie jak nasze piękne (śmiem twierdzić, iż najpiękniejsze!) dziewczyny. Najfajniejszy był chyba jednak nasz narodowy luz, mania wspólnego kibicowania, biel i czerwień dosłownie wszędzie. No i pozytywne nastawienie do pozostałych kibiców. Oczywiście, zdarzyły się bójki i burdy, ale przecież hołoty nigdzie nie brakuje. Pokazaliśmy tej bandzie napuszonych dziennikarzy z BBC, że ich "antypolski" reportaż naprawdę jest stekiem bzdur. No i przede wszystkim pokazaliśmy samym sobie, że potrafimy. Że się da i pomimo wielu wcześniejszych obaw, Polacy potrafią. Bo przecież jesteśmy naprawdę fajnym narodem! Ja sam jakiś czas temu zaangażowałem się w akcję zaproponowaną Nam Polakom przez prasę i z dumą nosiłem przyklejoną do koszulki naklejkę z napisem "Fajna Polska". Skąd więc bierze się w nas (z dnia na dzień) tyle nienawiści, że aż sami nie potrafimy jej ciężaru udźwignąć? Czemu potrafimy być tacy fajni tylko momentami, od parady? Dlaczego po przegranej nie zachowujemy się jak Irlandczycy, którzy z uśmiechami na twarzach do końca trwali przy swoich. Czemu w obliczu klęski od razu obrzucamy się błotem i wracamy do tej gorszej Polski, z rzeką przekleństw na forach internetowych, z chamstwem na drogach i psimi kupami na prawo i lewo "bo przecież w Polsce nikt ich nie sprząta"?
Ostatnie dni przynoszą coraz to nowsze rewelacje. Prawdziwy upust swym emocjom dali Wojewódzki i Figurski, którzy na antenie radio Eska w swej porannej audycji całej Polsce pokazali, jak bliskie jest im chamstwo, rasizm i brak jakiegokolwiek szacunku dla innych narodów. I gdyby to było pierwszy raz... Śmieszą i równocześnie złoszczą mnie ich tłumaczenia. Bo bez wątpienia nie można mówić o ich audycji jako o autoironicznej czy satyrycznej. A tekstów Mrożka i Gombrowicza to ci panowie chyba na oczy nie widzieli. Jestem natomiast pełen podziwu dla młodego pokolenia, które natychmiast zainterweniowało i dzięki któremu zarówno Wojewódzki i Figurski stracili pracę. Takim rasistowskim i seksistowskim akcjom ja też mówię stanowcze NIE. Co jeszcze przyniosły nam ostatnie dni? Bandę idiotów z PiSu, którzy chcą karać za in vitro. Wyrok dla Dody, który jasno pokazał, że w naszym kraju długa jeszcze droga do prawdziwej demokracji. I informację o Waśniewskiej pracującej w nocnym klubie przy rurze - jakby to kogoś naprawdę miało obchodzić... Tym samym stało się to, co stać się musiało. Po kilkunastu naprawdę fajnych dniach, to co odeszło, szybko wróciło. I aż strach się bać, co przyniesie jutrzejszy dzień...
Tekst Timberlake'a ma też odniesienie do życia każdego z nas. Wierzcie lub nie, ale czasem trzeba dać sobie szansę, podjąć ryzyko i pozwolić, aby to coś "wróciło". Ostatnie dni udowodniły też mi jako człowiekowi, że określone sytuacje mają swój finał właśnie tam, gdzie się zaczęły. I czasem zderzenia z takimi powracającymi sytuacjami mogą naprawdę uspokoić. Przynajmniej na jakiś czas. W końcu "z prochu powstałeś, w proch się obrócisz". Przypadek? Czy może najprawdziwsza prawda?
Zmierzając do końca, trochę zejdę z tonu. Rozpoczęły się wakacje. Jest przerażająco gorąco, pojawiają się coraz to nowsze wakacyjne hity, jest czas na rower/książkę/film/leżing/plażing/nicnierobing! Ja sam mam na te wakacje tyle planów, że naprawdę nie wiem, czy zdołam je wszystkie wcielić w życie! Jedno jest pewne - na pewno wrócę po nich odmieniony (to już taka moja prywatna walka z samym sobą - i to DOSŁOWNIE). W sumie to nawet już mi się udało - jeden dzień na słońcu i już jestem mulatem ;)
Udanych wakacji Wam wszystkim życzę! I w swym słodkim lenistwie nie zapomnijcie, żeby tu czasem zajrzeć! ;)
Dawno mnie tu nie było. W sumie już nawet sam nie pamiętam, kiedy właściwie ostatnio tu byłem. Czas pędzi jak szalony i nie sposób go zatrzymać. Przez ostatnie trzy tygodnie w moim życiu tak wiele się wydarzyło, że sam właściwie przestałem ogarniać. Co ciekawe, im zawrotniejsze tempo, tym (mimo wszystko) łatwiej udaje się wszystko załatwić tak, jak trzeba. Owszem, wciąż brakuje czasu. Owszem, jest chaos, zmęczenie, czasem złość przeradzająca się we wściekłość. Ale kiedy wszystko się uda, można poczuć to nieco spazmatyczne poczucie satysfakcji. Myślę też, że warto w tym szalonym pędzie nie zapomnieć o nagradzaniu samego siebie. Jednemu wystarczy drzemka, drugiemu wyjście na koncert, a jeszcze innemu obejrzenie przy piwie meczu z grupką przyjaciół. Ja lubuję się we wszystkich z wymienionych form "samo-nagradzania się" i być może właśnie dlatego kompletnie nie zwariowałem przez ostatnie dni. Co ciekawe, sam dostrzegam to, że zaczynam brzmieć jak Nietzsche. Nie to, żeby kiedyś jakoś szczególnie mnie inspirował, ale w tych jego rozważaniach nad pędem życia coś jest na rzeczy...
Sam właściwie nie wiem, od czego zacząć. Może od tematu najbardziej aktualnego i najbardziej "na rzeczy" - EURO2012. Szczerze i otwarcie przyznaję, że przed meczem inaugurującym skutecznie udało mi się walczyć z tą całą EURO-gorączką. "Pokopią, powrzeszczą i przejdzie" - serio, tak myślałem. Pewnie z tego względu, że najzwyczajniej w świecie miałem na głowie własne problemy. No i nie oszukujmy się, byłbym hipokrytą, gdybym pisał i głosił, że jestem jakimś wielkim fanem piłki nożnej. Owszem, lubię od czasu do czasu obejrzeć ciekawy mecz "z akcjami", ale dotychczas jakoś szczególnie mnie to nie obchodziło. Nawet infantylna grupa na facebooku "faceci, którzy nie interesują się piłką nożną są dla mnie podejrzani" pozostała dla mnie właśnie jedynie infantylną I nagle wszystko się zmieniło. Naprawdę nie mam pojęcia, czemu. Czy to pełen emocji mecz inaugurujący 8 czerwca? Czy jeszcze bardziej emocjonujący mecz z Rosją? A może widok kolorowej i tak bardzo europejskiej Warszawy dzień po rozpoczęciu mistrzostw, z okazałym Stadionem Narodowym na czele? Czy też równie rozwiwatowany co stolica Kraków i wszędobylski widok biało-czerwonej flagi, na serkach trójkątach Hochland włącznie? Z dnia na dzień Błaszczykowski stał się niemal idolem, a ja sam (na ogół, podkreślam - NA OGÓŁ, przeciwnik palenia) zjarałem się Tytoniem. No udzieliło mi się, i co najgorsze, chyba nic z tym zrobić nie mogę. Smutne tylko, że sesja za pasem. I że kolejne oglądane mecze z nagród zaczęły się stawać najzwyklejszymi w świecie zabieraczami czasu. Cholernie przyjemnymi w dodatku. No ale skoro jeszcze lekko ponad dwa tygodnie potrwa ten piłkoszał, może uda mi się wytrwać. I ostrzegam, jeśli usłyszycie w sobotę kogoś krzyczącego na fulla z powodu bramki Polaków i naszego awansu do ćwierćfinałów, to będę z pewnością ja.
Przyczyn tego nagłego "zachłyśnięcia" dopatruję się w mojej fascynacji możnością zjednoczenia narodów. Naprawdę, mam tak od dawna. Właściwie odkąd tylko pamiętam, fascynowałem się miejscami zatłoczonymi i wypełnionymi ludźmi. Nie, że mnie to nie męczy, bo tłum męczy mnie przeokropnie, ale po prostu uwielbiam zetknięcie różnych ras, kultur, stylów życia. Myślę, że śmiało mogę o sobie powiedzieć, że jestem totalnym anty-rasistą i w jakiś sposób kosmpolitą. W końcu skąd wzięło się moje ogromne zainteresowanie Eurowizją i innymi tego typu plebiscytami i koncertami? Podobnie gale przyznawania nagród ludziom z całego świata, jak np. Oskary czy Złote Globy. Myślę, że właśnie dlatego atmosfera EURO tak na mnie zadziałała - w końcu mistrzostwa w piłce nożnej organizowane na miejscu są niepowtarzalną okazją do zetknięcia się z Nie-Polakami. I z niecierpliwością czekam na jutrzejszy mecz. POLSKA GOOOOOLLLAAAAA!
Warto też wspomnieć w tym miejscu o przygotowaniu naszego kraju do tego wielkiego wydarzenia. Właściwie całą notkę miałem napisać na temat naszej "polskości" i jej barw, ale myślę, że na tą chwilę byłby to temat zbyt patetyczny i dlatego poruszę go przy następnej okazji. Wracając do przygotowań, zdarzyło mi się być w Warszawie dzień po inauguracji mistrzostw. Coś niesamowitego. Burza kolorów, na prawo i na lewo setki banerów, reklam, biało-czerwono! No i przede wszystkim te tysiące ludzi w centrum, również szalenie kolorowych, beztrosko kopiących piłkę czy zwiedzających z mapką w ręku stolicę Polski. Oczywiście nie zabrakło też kilkunastu żuli, którzy wykorzystując "strefy kibica" do granic możliwości, w ogródkach kwiatowych zorganizowali sobie domki i toalety. Wygląda to komicznie i obrzydliwie zarazem. Co ciekawe, krążą wokół nich dziesiątki policjantów, którzy najwyraźniej nic nie mogą im zrobić. Ale i to jest kolejnym kolorowym elementem tej całej układanki. Moim zdaniem Warszawa stanęła na wysokości zadania i bardzo dobrze przygotowała się do organizacji euro2012, chociaż przyjdzie jeszcze czas na weryfikację takich wniosków. W końcu to dopiero początek... Sam Stadion Narodowy też robi ogromne wrażenie. Owszem, kontrowersje kontrowersjami, ale myślę, że możemy być z niego dumni :)
Zgrabnie udało mi się przejść do drugiego głównego tematu mojej dzisiejszej notki. Otóż byłem w Warszawie z powodu Orange Warsaw Festivalu, a właściwie z powodu głównej gwiazdy festiwalowej - zespołu Linkin Park! Czy pamiętacie te okresy z czasów gimnazjum i liceum, kiedy każdy miał swój ulubiony zespół muzyczny? Kiedy znało się na pamięć niemal wszystkie teksty piosenek z płyt? Ja tak właśnie miałem z Linkin Parkiem. Co ciekawe, miłością do tego zespołu zaraziła mnie moja ówczesna paczka przyjaciół. Nigdy nie zapomnę wieczorów spędzanych choćby w pokoju u M. na AK... I wywrzeszczanego tekstu "Crawling", który można było recytować z niemal zamkniętymi oczami. Obecnie błahe problemy były wtedy tak szalenie istotne i właśnie przy tej piosence można było tak łatwo zapomnieć o tym wszystkim, co wkurzało. A przecież w buntowniczym okresie dojrzewania każdy miał takie momenty... To nie znaczy oczywiście, że Linkin Park tworzy piosenki dla gimnazjalistów, broń Boże! Po prostu trafiłem do grupy zajaranej twórczością tego zespołu. I sam się zajarałem, z czego jestem szalenie dumny, bo to prawdziwy majstersztyk i klasa sama w sobie! Począwszy od niezwykle mądrych i metaforycznych tekstów, przeszedłszy przez niepowtarzalny klimat i na niesamowitych brzmieniach kończąc. No i właśnie, moje największe marzenie z tamtego czasu się spełniło. Udało mi się usłyszeć "linków" na żywo. Moich uczuć nie da się opisać przy pomocy słów... Coś naprawdę jedynego w swoim rodzaju! Były momenty, że zamykałem oczy i wracałem wspomnieniami właśnie do czasów fajnej paczki z W-y (bo przecież byliśmy naprawdę fajni, prawda?). Były chwile, kiedy wrzeszczałem razem z Chesterem. No i momenty, w których musiałem naprawdę mocno odetchnąć z wrażenia. Może opis moich uczuć wydaje się Wam śmieszny, ale sądzę, że każdy z Was zareagowałby podobnie na spotkaniu ze swoim idolem. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja, naprawdę kochacie muzykę i się nią pasjonujecie. Życzę każdemu z Was możliwości przeżycia czegoś tak fantastycznego. I nigdy nie marnujcie okazji, bo druga może się już nie zdarzyć. Ja już teraz wiem, że na pewno udam się na kolejne koncerty tego zespołu w Polsce. Szkoda tylko, że jeszcze nie wiadomo, kiedy odbędzie się kolejny, a coś czuję, że przyjdzie mi na niego poczekać co najmniej dobre dwa lata... Koniec końców, powrót do Krakowa okazał się bardzo spontaniczny. Siedząc jednak na średnio wygodnych fotelach "auto-stopowego" peugeota i słuchając płyty "linków" można się było spokojnie uśmiechać, kazać PKP się wypchać i myśleć sobie, że na tym świecie naprawdę jest mnóstwo fajnych ludzi. Przynajmniej ja właśnie tak sobie myślałem :)
Wracając do "fajności" ludzi, nie sposób nie wspomnieć o chwilach rozgoryczenia. Owszem, nadal uważam, że należy wierzyć w ludzi, ufać im i nie zakładać na wstępie, że ktoś jest taki-czy-owaki. Ale naprawdę warto uważać. Szczególnie na tych, którzy nie mają swojego własnego życia i tak bardzo sprawia im radość sprawienie przykrości drugiej osobie. Jak pisałem na wstępie, brzydzę się fałszem i obłudą. Zwłaszcza, kiedy dotyczy to mnie i moich najbliższych osób. I naprawdę jestem pamiętliwy, więc radzę uważać i obrać kierunek na własne życie... A wierzyć w dobrych ludzi nie przestanę i Wam też tego wszystkiego życzę!
Podsumowując, cieszę się, że znalazłem wreszcie chwilkę czasu na napisanie nowej notki. Zwłaszcza, że jakaś tajemnicza jednostka domagała się jej w komentarzach do poprzedniej (co, nie ukrywam, sprawiło mi ogromną radość). I zwłaszcza, że ja naprawdę uwielbiam pisać, a przecież - jak sam wspomniałem, w tym szalonym pędzie trzeba znaleźć chwilę czasu na własne przyjemności. Niech jutro nikt nie zapomni o kibicowaniu! 1:0 dla Nas! POOOOOLSKAAAAA!
I oczywiście zachęcam do komentowania tego "place for my head" :)
Kolejne krakowskie (i nie tylko krakowskie!) juwenalia przeszły do historii. Czy było szczególnie, wyjątkowo? Z pewnością. Myślę, że każda impreza potrafi być tą szczególną i wartą zapamiętania, jeśli tylko uda się wykrzesać z niej to, co co najsmaczniejsze. Wówczas nawet wiatr, nawet ciemne chmury, posępna pogoda, spierzchnięte usta i obolałe gardło schodzą na drugi plan. I jeśli tylko się chce, można samemu sprawić, że zza horyzontu wyłoni się kilka naprawdę przyjemnych promieni słońca :)
Ja swoje juwenalia rozpocząłem w środę koncertem na UEku. Niestety, pogoda nie rozpieszczała i właściwie z każdą minutą stawało się coraz zimniej. Nawet to nie przeszkodziło mi jednak w skosztowaniu czysto juwenaliowego piwa - no przecież ta impreza zdarza się tylko raz do roku, a bycie studentem do czegoś zobowiązuje! Nauczyciele mają swój dzień, górnicy, mamy, dziadkowie, pocałunki, stringi (sic!), nawet psy i koty! Dlaczego więc studenci mieliby się ograniczać i to wtedy, kiedy sam prezydent miasta oddaje im klucze do swego królestwa? Należy oczywiście w tym wszystkim pominąć fakt, że niejednokrotnie studenci zachowują się gorzej niż wspomniane wcześniej psy i koty... No ale przechodząc do konkretów. Studentów przywitał niejaki Junior (a może Dżunior? - tego nie wiedzieli nawet prowadzący...) Stress, czyli zespół mi, bardziej lub mniej, nieznany. Było znośnie, a nawet momentami śmiesznie i wesoło, ale nie wierzę, że ktokolwiek z przybyłych zjawił się właśnie z powodu koncertu tejże bandy. Tuż po nich, bez zbędnego spóźnienia tak bardzo charakterystycznego dla gwiazd jej formatu, na scenie pojawiła się Monika Brodka :) A mi od razu roześmiała się japa :D Bo w taki właśnie stan wprawia mnie jej muzyka. Trzeba przyznać, że nie było zaskakująco - oglądałem chyba wszystkie koncerty Brodki "na żywo" na youtube, więc znałem wręcz na pamięć kolejność poszczególnych śpiewanych przez nią piosenek. Co więcej, nawet numery specjalne nie były zaskoczeniem. Nie mniej jednak był to mój pierwszy koncert Moniki (przez cały rok nie mogłem sobie darować, że równo 365 dni temu przegapiłem jej koncert na AGH promujący trasę koncertową z materiałem z Grandy) i z pewnością nie ostatni. Bez wątpienia można rzecz, że dała czadu. Poza tym wykazała się poczuciem humoru i kulturą osobistą. Nie mam nic do życia prywatnego artystów, ale naprawdę irytuje mnie, kiedy zataczają się na koncertach przed tłumem ludzi, którzy niejednokrotnie płacą kupę kasy, aby móc posłuchać swojego idola. Na szczęście w przypadku Brodki owy problem nie istnieje - ma ona wielki szacunek do swych fanów. Trzeba też po raz kolejny podkreślić, że ona naprawdę wydoroślała. Oglądając wywiady z nią z czasów Idola można mieć wrażenie, że to wręcz nie ta sama osoba. Wtedy momentami była nie do zniesienia i absolutnie wszystko przysłaniała przesadną pewnością siebie. Naprawdę jestem pełen podziwu dla jej twórczości i mógłbym pisać jeszcze o niej dużo, dużo, dużo więcej, ale nie chcę przynudzać i utwierdzać Was w przekonaniu, że z jej fana zamieniam się powoli (a może już nim jestem?) w fanatyka. Po Brodce na scenie pojawiła się gwiazda koncertu, czyli Modestep. I oto nastała ciemność :D Przynajmniej dla mnie, hahah. Czegoś takiego moje oczy jeszcze nie widziały. Uwierzcie mi, pod samą sceną można było DOSŁOWNIE zginąć. Pogooo na całego! Ja już po pierwszej piosence zdałem sobie sprawę, że to absolutnie nie moje klimaty i właściwie trwałem w tym przekonaniu do samego końca. Muszę się jednak przyznać, że teraz, z perspektywy czasu, cieszę się, że uczestniczyłem w tym wydarzeniu. Rzadko zdarza się widzieć tak wielką grupę ludzi będących w prawdziwym transie. Dubstep rzeczywiście może wprowadzić w taki stan, ale myślę, że trzeba to jakoś w sobie czuć. Ja dopiero po powrocie do domu przyjrzałem się twórczości grupy Modestep i muszę przyznać, że naprawdę mają się czym pochwalić - nie jeden artysta czy zespół marzy o takiej rzeszy fanów. Myślę, że duża w tym zasługa charyzmatycznego wokalisty, który choć nie potrafi wypowiedzieć zdania bez słowa "fucking", to jednak napędza tą całą skomplikowaną machinę, której główną część stanowi właśnie publiczność. Podsumowując, była miazga. Gdybym miał oceniać koncert w skali do 10, dałbym spokojnie 8. Wielkie brawa dla organizatorów za naprawdę doskonałe nagłośnienie. Szkoda tylko, że w odbiorze niejednokrotnie przeszkadzało zachowanie pijanych studentów, no ale przecież warto mieć na uwadze, że przecież całkiem duża część nie była tam z powodu muzyki... Jednoczesne pozdro dla studentów zza granicy (jakiś erasmus?), którzy zdążyli zgłębić tajniki polskiej mowy: "K***a, I have to smoke!" \m/
Dzień drugi okazał się równie zimny co poprzedni :) Oczywiście pod względem pogody, bo atmosfera na kampusie URu była naprawdę gorąca, przynajmniej od momentu, kiedy na scenie pojawił się szeroko znany Letni Chamski Podryw. Chyba nie ma już studenta w Polsce, który nie słyszałby ich największego hitu "czinkłaczento". Jeśli jednak takowy by się znalazł, to wyjaśniam, że zespół tworzy dwójka młodych chłopaków stylizujących się na cwaniaków (ach te złote łańcuchy z Castoramy! :D), którzy dalecy są od zgrywania intelektualistów. Nie, wcale z nich nie szydzę. Taki już ich styl, widać zresztą, że ich samych bardzo to wszystko bawi. Najfajniejsze w tym wszystkim to, że naprawdę potrafią rozbujać publiczność przed sceną. I mimo, że teksty piosenek momentami porażają (a czasami wręcz paraliżują lub co gorsza, wzbudzają zniesmaczenie), fajnie, że są też takie luźne zespoły. Bo nie mówcie, że się świetnie nie bawiliście i że nie zapałaliście do nich sympatią? ;)
Trzeci dzień juwenaliów upłynął mi pod znakiem niezwykle osobliwej domówki. Tego samego dnia odbywał się Wielki Juwenaliowy Korowód, ale ja - tradycyjnie jak co roku - nie wstałem. Kurczę, za rok będę miał ostatnią szansę. Bo trochę lipa żyć z przeświadczeniem, że chociaż raz nie uczestniczyło się w pochodzie, na który większość studentów czeka przez cały rok... No nic, może za rok się zrehabilituję (MOŻE ;)). No ale wracając do domówki. Było czadersko - jak wiadomo, w czaderskim gronie czas szybko mija. Impreza ta jednak uświadomiła mi, jak wszyscy moi znajomi bardzo zmienili się od 1. roku studiów. Pewnie, wciąż gadamy jeszcze o "dupie Maryny", ale między wierszami daje się wyczuć już ta dojrzałość. Coraz śmielsze, odważniejsze, po prostu czysto dorosłe tematy. Boże, naprawdę z nas już takie stare zgredy? "No chyba Tyyyy" ;)
Dzień czwarty. Sobota okazała się przełomem pod względem pogody. Tak, zza chmurek wreszcie wyjrzało słońce. Bardzo gorące słońce. Idealna pogoda na wernisaż - przecież w Krakowie mamy miesiąc fotografii! I mimo, że wernisaż pozostawił we mnie wielki niedosyt (naprawdę byłem spragniony kultury wyższej po koncercie Letniego Chamskiego...!), dzień okazał się znakomity. Całkiem ciekawie znaleźć się w grupie pasjonatów, niejednokrotnie "pseudoartystów" - tak łatwo można ich dostrzec na tle "zwykłych" ludzi. A ja tak bardzo lubię różność, inność. Wernisaż skończył się luźnym posiedzeniem na rynku i jeszcze luźniejszym przyglądaniem się leniwie spacerującym ludziom. Czy może być coś przyjemniejszego? Nie wspominając już o tym, że przez całe południe ostro sprzątałem pokój :) Żyć, nie umierać :) (i wcale nie liczę w tej kwestii na zrozumienie! :P w kwestii sprzątania, znaczy się :P).
Dzień piąty. Niedziela była równie ciekawa. Przyjazd rodzinki w odwiedziny (doliczcie też przyjazd jedzenia) potrafi naprawdę naładować pozytywną atmosferą. Zwłaszcza, kiedy ma się tak fajną rodzinkę jak moja :) Pogoda dopisała w 100% i Kraków w całej krasie pokazał swe uroki. Boże, jak ja kocham to miasto i jego najdziwniejsze zakątki. Ten wiecznie zatłoczony rynek. Mijanych, kolorowych ludzi. Hejnaaaał. Smoooka. Suma sumarum, było fantastycznie.
A dnia szóstego i siódmego wcale nie odpoczywałem, bo nie było po czym :P
Przejdźmy do TV, a mianowicie do X-factora. Czy w Was też ten program wzbudza coraz więcej emocji? Naprawdę dawno nie było nigdzie zbieraniny tak bardzo utalentowanych ludzi. Tam już nie ma kogo wyrzucać! W ostatnim odcinku pożegnaliśmy Soul City. Zespół jest na naprawdę wysokim poziomie, ale rzeczywiście trzeba przyznać, że z pozostałych wokalistów byli najsłabsi. Nieoczekiwanym czarnym koniem okazuje się być zespół The Chance. Ja skreśliłem dziewczyny na samym początku i przyznaję się do błędu. Naprawdę widać, jak wiele pracy wkładają w kolejne wykonania (ich Sic Hey był genialny!). Przewiduję, że w najbliższym odcinku to właśnie dziewczyny pożegnamy. Trzeba jednak przyznać, że udowodniły, iż zasługują nawet na miejsce w finale. Moim faworytem wciąż pozostaje Marcin Spenner, który nie przestaje czarować głosem. Bardzo trzymam za niego kciuki i liczę, że uda mu się wygrać, a nawet jeśli nie, to wierzę, że nagra naprawdę dobrą płytę z balladami (taki polski Bryan Adams?). Smutne i porażające jest natomiast to, co zrobił Wojewódzki. Też oglądaliście jego wczorajszy program? Zaprosił "przewidywaną" trójkę finalistów w celu wypromowania. Tak naprawdę swym zachowaniem i głupimi tekstami tylko ich ośmieszył. Co więcej, postawił ich w niezwykle niezręcznej sytuacji. To chore, jak bardzo "wazeliniarska" okazała się dla niego cała trójka. No ale co mieli zrobić, skoro to właśnie on jest jednym z tych, którzy zdecydują, czy znajdą się w ostatecznym finale? Oglądałem wczoraj jego program już nie tylko ze względu na uczestników, których bardzo lubię. Poraziło mnie, jak on żerował na ich nieśmiałości, skromności i braku obycia w telewizji. Najbardziej "telewizyjna" bez wątpienia jest Ewelina, której życzę dużej kariery, bo naprawdę widać, jak bardzo się stara, aby każdy z jej kolejnych występów był coraz lepszy. Dawid Podsiadło bez wątpienia ma ogromny talent, ale ta jego "dziwność" coraz mniej do mnie przemawia i zdaje się być chwytem marketingowym. No i jest jeszcze Spenner - wciąż zagubiony i tak przerażająco nieśmiały. Naprawdę jestem ciekawy, kto wygra tę edycję :) Pod względem wokalnym, absolutnie każdy na to zasługuje.
Polecam wszystkim najnowszego Newsweeka, w którym znajduje się seria bardzo ciekawych artykułów o polskim antysemityzmie. Niektóre wbijają w krzesło i uświadamiają, jak bardzo wciąż mali jako ludzie i jako Polacy jesteśmy. A przecież 21 wiek! Przecież kosmopolityzm i jedność narodów! Ja po przeczytaniu mogę zapewnić, że od teraz długo wcześniej się zastanowię, niż opowiem kawał o Żydach, chociaż muszę przyznać, że one nigdy jakoś szczególnie mnie nie bawiły.
A na koniec najnowszy singiel Brodki, który już robi furorę :)