niedziela, 15 kwietnia 2012

"Kolorowych jajeczek...", czyli o znudzeniu powszedniością...


     Kurczak na tej focie bez wątpienia ma focha. I ja też trochę mam - na to wszystko, co się dzieje i co zapewne dziać się wciąż będzie. Poświąteczna chandra? Może, sam nie wiem. Dzisiejsza notka będzie o Wielkanocy. I nie myślcie, że się spóźniłem z jej napisaniem...
     Czy Was też wkurza to, co stało się ze świąteczną atmosferą? Nie denerwują Was te "kopiuj-wklej" wierszyki - wszystkie o kolorowych pisankach i mokrym dyngusie, które stały się już normalnością? Nie obrusza Was widok setek świątecznych baranków czy zajączków stojących na półkach hipermarketów już na dwa miesiące przed świętami? I wreszcie te wszystkie "nowości filmowe", które regularnie na Boże Narodzenie i Wielkanoc serwują nam producenci tv? Bo mnie w tym roku ogromnie to wszystko wkurzyło i porządnie się zbuntowałem. Nie odpisałem na żadnego z kopiuj-wklej wierszyków, sam też nikomu takiego nie wysłałem. Kompletnie odciąłem się też od tv i poza X-factorem nie pozwoliłem, aby to elektroniczne pudełko pochłonęło mój czas. Świąteczny czas, który należy spędzić z rodziną i najbliższymi. I choć Wielkanoc nie ma (przynajmniej dla mnie) takiego klimatu jak Boże Narodzenie, starałem się przeżyć te święta na swój własny sposób. Oczywiście w tej notce nie chcę nikogo potępiać, a jedynie zwrócić uwagę na to, że Wielkanoc to właśnie nie te kolorowe jajeczka. Smutne, że tło religijne skrupulatnie zostaje zrzucane na drugie tło (podobnie jest z Bożym Narodzeniem, które dla wielu oznacza już tylko choinkę, bombki i prezenty). No ale nie o religii chcę tu pisać, bo przecież każdy ma własne sumienie i naprawdę jest to ostatnia rzecz, na podstawie której można kogoś oceniać. Po prostu, jeśli już chcemy komuś złożyć świąteczne życzenia, zadzwońmy do tego kogoś i najzwyczajniej w świecie porozmawiajmy przez minutę lub dwie. Lub wyślijmy świąteczną kartkę, co - moim skromnym zdaniem - ma naprawdę znacznie większą wartość niż mechanicznie rozsyłany do wszystkich sms o tej samej wartości. Bardzo buntuję się przeciwko całej tej komercji, przez którą święta naprawdę powszednieją. Pamiętam, jak dawniej się na nie wyczekiwało, a tymczasem teraz co? Sami wiecie, bo moja notka jest zainspirowana rozmowami z osobami, które mają takie same odczucia jak ja... Bycie napastowanym schizofrenicznie uśmiechniętym zającem już od lutego lub św. Mikołajem od listopada nie jest dobre... Nawet "Last Christmas" jak dla mnie straciło już swój klimat i spokojnie mogliby go puszczać w rozgłośniach radiowych codziennie. Nie wspominając o Kevinie, który został sam w domu i który - jak co roku - w wigilię rozprawi się z dwójką niezdarnych bandytów. No wybaczcie, ale dla mnie to nie święta... 
     Stawiam na rodzinność, ciepło i klimat przede wszystkim. Nawet, jeśli jest on związany z chwilą zadumy czy rozmową z najmniej lubianą ciotką lub wujkiem, którzy jak na złość postanowili Was akurat odwiedzić i o wszystko bezczelnie wypytują. Jak dla mnie wszystkie święta są też nierozerwalnie związane z Kościołem. I choć mojej praktyce mógłbym wiele zarzucić, cieszę się, że są takie dwa okresy w roku, kiedy jestem "czysty i nieskażony" ;) 
     Snując te refleksje doszedłem do wniosku, że nieuchronnie się starzeję. To naprawdę ciekawe, jak zmienia się punkt patrzenia w zależności od wieku. I jak zmienia się hierarchia wartości. Oczywistością jest, że będąc dzieckiem wszystko przeżywa się znacznie inaczej, intensywniej. Coś małego i z pozoru głupiego może naprawdę cieszyć. I ja w sumie trochę za tym tęsknię. Liczę, że w przyszłości także zdołam oprzeć się komercji i jeszcze bardziej cieszyć z powodu przeżywania świąt. Tego też życzę Wam wszystkim, nie dajmy się zwariować :)
     Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał chociaż kilku słów o świecie filmu. Przez ostatnie deszczowe dni udało mi się obejrzeć kilka filmów i o ile jedne mnie zachwyciły, o tyle drugie naprawdę rozczarowały. 
Musimy porozmawiać o Kevinie - no nie porozmawiali i stąd cały problem... film zdecydowanie przereklamowany, przeciągnięty i jak dla mnie po prostu nużący, a wręcz męczący. Nieporozumieniem jest podciąganie go pod filmy psychologiczne, bo emanowanie czerwoną farbą na ekranie nijak ma się do psychologii głównej bohaterki. Niestety, jak dla mnie utalentowana Tilda Swinton to za mało i dlatego chyba ten film tak bardzo mnie rozczarował.
Woda dla słoni - fajny film na lekki wieczór, który bez wątpienia można polecić. Zupełnie odczarował mi Roberta Pattinsona, który udowodnił po raz kolejny, że naprawdę ma talent, który nie ogranicza się jedynie do zimnego spojrzenia Edwarda ze Zmierzchu (Pattinson bardzo dobrze zagrał też w Remember me). Bardzo dobra rola Christopha Waltza. No i kilka polskich akcentów :)
Kobieta w czerni - no jak dla mnie kolejny przereklamowany film. Nie było ani strasznie, ani nawet ciekawie. Daniel Radcliffe na zawsze pozostanie już chyba Harrym Potterem, czy tego chce, czy nie. Nie mniej jednak należy mu się szacun za to, że pomimo tak ogromnej kasy na koncie za filmy o Potterze wciąż próbuje czegoś nowego i nie spoczywa na laurach.
Rzeź - absolutne arcydzieło! Polański w naprawdę najwyższej formie. Aż trudno uwierzyć, że cały film to tak naprawdę tylko jedna scena. Znakomity pomysł na film i jeszcze lepsza realizacja. Podziwiam też go za doskonały dobór aktorów - Jodie Foster przechodzi samą siebie. Podobnie wspomniany już wcześniej Waltz, którego w tym filmie nie da się nie polubić :) No i co najważniejsze - film ani trochę nie nuży. Gorąco polecam!
Samotność liczb pierwszych - film, na który tak bardzo czekałem, a który niestety mnie zawiódł. Scenarzyście zarzuca się pietystyczne odwzorowanie książki i nie sposób się z tymi zarzutami nie zgodzić. Podobno są tacy, którzy nawet się wzruszyli. Ja pozostałem w stanie obojętności.
Wyspa skazańców - absolutny hit. Bardzo duże podobieństwo do Skazanych na Shawshank, ale znacznie większy ostateczny wydźwięk. Na mnie film zrobił piorunujące wrażenie i z wszystkich tutaj wymienionych jest bez wątpienia najlepszy. Aż dziwne, że zdobył tak mało nagród.
     Muszę też wspomnieć o zakończeniu (po 9 sezonach!) serialu One Tree Hill. Ja śledziłem go od samego początku i dorastałem równocześnie z jego bohaterami, stąd też pewnie mój ogromny sentyment do niego. Moim zdaniem każdy mógł odnaleźć w nim coś dla siebie. Serial bardzo dobrze ukazał, jak sport wpływa na hart ducha i całą osobowość człowieka. Ja najbardziej lubiłem OTH za niesamowitą muzykę i piękne aforyzmy o życiu, miłości, przyjaźni, przemijaniu. Oby więcej takich seriali :)
     No i na sam koniec X-factor. Znamy już ostateczną dziewiątkę. Bardzo się cieszę, że znalazł się w niej mój faworyt Marcin Spenner, któremu mam zamiar mocno kibicować. W ogóle mnóstwo talentów w tej edycji. Wielka szkoda, że Tatiana nie przepuściła dalej Klaudii Szafrańskiej, która przez wielu była typowana na zwyciężczynię tej edycji. A Wy? Macie już swoje typy do wygranej? :)


No i na koniec kilka aforyzmów z ostatniego odcinka OTH.

To najstarsza historia na świecie.
Jednego dnia masz 17 lat i planujesz swoją przyszłość,
a następnego, tak cicho i niespodziewanie...
przyszłość staje się dniem dzisiejszym.
A później ta sama przyszłość staje się dniem wczorajszym.
I tak właśnie wygląda twoje życie.

Istoty ludzkie są ambitne.
Spędzamy tyle czasu na ściganiu marzeń i pragnień.
Większa część tego to dobre strony. Ambicja jest dobra.
Pogoń za uczciwymi przesłankami jest dobra.
Marzycielstwo.
Tak długo, jak pogoń za tym, nie przysłania tego, co już mamy.
Dobro, które bierzemy za pewniak i ludzie, których za niego bierzemy.
Życia, które bierzemy za pewniak.

Jeśli miałbyś przyjaciela i świadomość, że nigdy więcej go nie zobaczysz...
co byś mu powiedział?
Jeśli mógłbyś zrobić ostatnią rzecz dla osoby, którą kochasz...
co by to było?
Powiedz to.
Zrób to.
Nie czekaj.
Nic nie trwa wiecznie.

Komentujcie proszę :)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Bardzo znośna lekkość bytu, czyli mój własny wieczór z Marilyn Monroe...


     Nadrabiam zaległości filmowe. I muszę przyznać, że jak na razie całkiem dobrze mi to idzie. Przez kilka ostatnich dni widziałem naprawdę wiele filmów i choć każdy z nich był na swój sposób dobry, moją szczególną uwagę przykuł Mój tydzień z Marilyn w reżyserii Simona Curtisa. Bardzo długo zbierałem się do obejrzenia tego filmu. Co ciekawe, zwlekałem tak długo tylko i wyłącznie dlatego, iż obawiałem się, że mnie zawiedzie. Jak pisałem w jednym z poprzednich postów, Michelle Williams jest jedną z moich ulubionych aktorek. Trzeba przyznać, że choć dotychczas stworzyła kilka naprawdę dobrych kreacji aktorskich, to jednak nie zapadała w pamięć (nie piszę tu o sobie, bo mam do niej ogromną i jeszcze niewyjaśnioną słabość). I właśnie z tym jednym filmem wszystko się zmieniło. Od czasu jego obejrzenia Michelle to dla mnie druga Marilyn. Prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju. Cóż, pozostaje mi teraz jedynie pluć sobie w brodę, że tak długo zwlekałem z seansem. Bo Williams znowu nie zawiodła i po raz kolejny pokazała swym koleżankom po fachu, czym jest prawdziwe aktorstwo.
     Film przedstawia historię opartą na faktach, składającą się na zaledwie tydzień z życia odwiecznej bogini seksu. Zjawia się ona w Londynie, by zagrać w kolejnym w swej karierze filmie i swym blaskiem przyćmiewa absolutnie wszystkich. Najbardziej oczarowany jest nią niejaki Collin, 23-letni "trzeci asystent reżysera", który niemal od zawsze marzył o tym, aby móc chociaż poznać zapach tego słynnego Hollywoodu. Z czasem i on swą osobą, a właściwie swą niewinnością, chłopięcością i brakiem jakiegokolwiek doświadczenia przykuwa uwagę Marilyn. Krótkim rozmowom na temat realizowanej produkcji filmu z czasem zaczynają towarzyszyć dodatkowe ukradkowe spojrzenia. A stąd już krok do wielkiej fascynacji, dzięki której Collin przeżyje niezapomniany tydzień...
     Co ciekawe, film nie jest romansem. IMHO nie nazwałbym go też biografią, lecz dramatem. Kolejny film, który ukazuje nam bardzo intymny obraz głównej bohaterki. Marilyn bez wątpienia jest tutaj postacią dramatyczną. Kariera filmowa z jednej strony daje jej siłę i witalność, a z drugiej oplata ją niczym bluszcz, przez który woli spędzać większość dnia w łóżku, z dala od wszystkich osób i ich ciągłych zachwytów nad jej osobą. Najgorsze w tym wszystkim zdaje się być to, że z tej sytuacji nie ma naprawdę żadnego wyjścia. Dlaczego zatem nie pozwolić sobie na krótki romans, kolejny, jeden z wielu, na pewno nie ostatni... Marilyn przy Collinie rozkwita, pokazuje mu swoje prawdziwe oblicze. A jaka jest? Oj, nie da się jej opisać kilkoma słowami... Potrafi być dziecinna i niezaradna. Ciągle potrzebująca wsparcia innych i ich otuchy. Ktoś wciąż musi jej powtarzać, jaka jest wspaniała, bo tylko dzięki temu sama zaczyna w siebie wierzyć. I właśnie wtedy, jakby na przekór wszystkiemu, potrafi pokazać, że jej gwiazda świeci naprawdę jasno. Jednym ruchem bioder czy zmrużeniem oczu potrafi czynić absolutnie cuda. A wszystko po to, aby po chwili zamknąć się w swym pokoju, zażyć kilkanaście tabletek ("na uspokojenie, na witalność, na sen") i pogrążyć w depresji wynikającej z jej wielkości i spowodowanej tym samotności oraz niezrozumieniem. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że ma ona ogromne problemy psychiczne i że jej neurotyczność może być zaraźliwa. Chwilę potem ma się ochotę oblać ją zimną wodą tylko po to, aby wreszcie dorosła. A jeszcze później po prostu dochodzi się do wniosku, że to wszystko było tak naprawdę tylko jej wyrafinowaną grą aktorską... Jedno jest pewne, nie da się jej nie kochać...
     Michelle oddała charakter postaci w stu procentach. Ten niewymuszony seksapil, lekkość ruchu i całkiem spontaniczna maniera. Ja przede wszystkim zapamiętam jej kokietujące spojrzenie i uwydatnione usta. Właśnie na twarzy aktorki widać, jak wiele pracy włożyła ona w przygotowanie do tej roli. Prawdziwy majstersztyk! Warto też zwrócić uwagę na przewijającą się w tle Emmę Watson, która też ma w sobie duży potencjał i która też w jakiś niewyjaśniony sposób przyciąga uwagę. Mnie osobiście początkowo denerwowała postać samego Collina. Eddie Redmayne kompletnie nie pasował mi do tej roli, ale w trakcie seansu doszedłem do wniosku, że bardzo się myliłem. Aktor jest bardzo "chłopięcy" i właśnie z tego względu tak bardzo pasuje do tej roli. Bardzo dobrze oddano też klimat Anglii z lat 60-tych. W dodatku ten brytyjski akcent. No i jeszcze ta muzyka...  Ktoś może uznać film za nudny i nijaki. Ale właśnie ta lekkość sprawia, że każdy z widzów przeżywa z ekranową Marilyn swój własny czas. Dla mnie z pewnością będzie to niezapomniany wieczór. Szkoda tylko, że to 100 minut filmu minęło tak szybko, bo na Michelle mógłbym tak jeszcze patrzeć i patrzeć... Gorąco polecam My week with Marilyn wszystkim pasjonatom prawdziwego KINA. I nie uwłaczając ogromnego talentu genialnej Meryl Streep i jej roli w Iron Lady muszę sprawiedliwie przyznać, iż Michelle zwyciężyła u mnie w tym pojedynku... 
     Co poza tym? W TV taka kicha, że aż szkoda cokolwiek pisać. Smutne, naprawdę smutne, że hitem minionego tygodnia stał się "mięsny jeż" i piosenka o jakże osobliwym tytule "gówno" z najciekawszymi tekstami Tyszki i Wolińskiego z najsłynniejszego programu tej wiosny ;] Naprawdę, kompletnie nie rozumiem, czemu cały ten szajs tak bardzo trafia do większości polskich internautów. Rozumiem, że to co głupie należy obśmiać, ale czy jest sens, aby wciąż drążyć temat i poszerzać grono potencjalnych odbiorców czegoś takiego? Przecież to wstyd... Nic więcej. Wizyta Grycanek u Wojewódzkiego też na długo utkwi w mojej pamięci, niestety. Wiele telewizyjnych osobowości pochwala ich "luz" i "spontaniczność", ale jak dla mnie to zwykłe rozpuszczenie i brak jakiejkolwiek klasy. I naprawdę nie wiem, jaka jest głębia w stwierdzeniu, że "gruby jest szczęśliwszy niż ten chudy". Dobija mnie, że osoby znane z bycia znanym robią teraz w naszym kraju największą karierę. No ale skoro przeżyliśmy już Frytkę i Jolę Rutowicz, to pewnie przeżyjemy też Grycanki. Pocieszające jest to, że nowy "X factor" jest naprawdę dobry. Naprawdę wysoki poziom w tej edycji, mnóstwo ciekawych osobowości i głosów. Gdyby tylko zmienić to jury, sic! 
     Co muzycznie? A no jakoś przez ostatnie dni odświeżam stare hity. Killing me softly, Yesterday, Nothing else matters, Tears in heaven. No i czekam z niecierpliwością na juwenaliowe koncerty (Brodka!!!) oraz na 9 czerwca (Orange Warsaw Festival -> Linkin Park!!!). 
     A co z literaturą? No wróciłem do książek Charlaine Harris i właśnie zaczynam 6. część sagi o Sookie Stackhouse. Tak, wieeeem, płytko i powierzchownie. No ale ja lubię Sookie, lubię Erica, Jasona i TrueBlood. Tak już mam i koniec. I mimo, że książki Harris należą do tych, które można czytać gotując równocześnie obiad i rozmawiając jeszcze przez telefon, to jednak przyciągają. Najwidoczniej prostota też może fascynować :)

Na sam koniec chciałbym życzyć wszystkim odwiedzającym ten blog zdrowych, pogodnych i spokojnych Świąt Wielkiej Nocy. Tkwijmy jak najdłużej w czystości i nieskażeniu :)
Oczywiście jak zawsze zachęcam do dyskusji w komentarzach. A na sam koniec klimatyczny soundtrack.