Nadrabiam zaległości filmowe. I muszę przyznać, że jak na razie całkiem dobrze mi to idzie. Przez kilka ostatnich dni widziałem naprawdę wiele filmów i choć każdy z nich był na swój sposób dobry, moją szczególną uwagę przykuł Mój tydzień z Marilyn w reżyserii Simona Curtisa. Bardzo długo zbierałem się do obejrzenia tego filmu. Co ciekawe, zwlekałem tak długo tylko i wyłącznie dlatego, iż obawiałem się, że mnie zawiedzie. Jak pisałem w jednym z poprzednich postów, Michelle Williams jest jedną z moich ulubionych aktorek. Trzeba przyznać, że choć dotychczas stworzyła kilka naprawdę dobrych kreacji aktorskich, to jednak nie zapadała w pamięć (nie piszę tu o sobie, bo mam do niej ogromną i jeszcze niewyjaśnioną słabość). I właśnie z tym jednym filmem wszystko się zmieniło. Od czasu jego obejrzenia Michelle to dla mnie druga Marilyn. Prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju. Cóż, pozostaje mi teraz jedynie pluć sobie w brodę, że tak długo zwlekałem z seansem. Bo Williams znowu nie zawiodła i po raz kolejny pokazała swym koleżankom po fachu, czym jest prawdziwe aktorstwo.
Film przedstawia historię opartą na faktach, składającą się na zaledwie tydzień z życia odwiecznej bogini seksu. Zjawia się ona w Londynie, by zagrać w kolejnym w swej karierze filmie i swym blaskiem przyćmiewa absolutnie wszystkich. Najbardziej oczarowany jest nią niejaki Collin, 23-letni "trzeci asystent reżysera", który niemal od zawsze marzył o tym, aby móc chociaż poznać zapach tego słynnego Hollywoodu. Z czasem i on swą osobą, a właściwie swą niewinnością, chłopięcością i brakiem jakiegokolwiek doświadczenia przykuwa uwagę Marilyn. Krótkim rozmowom na temat realizowanej produkcji filmu z czasem zaczynają towarzyszyć dodatkowe ukradkowe spojrzenia. A stąd już krok do wielkiej fascynacji, dzięki której Collin przeżyje niezapomniany tydzień...
Co ciekawe, film nie jest romansem. IMHO nie nazwałbym go też biografią, lecz dramatem. Kolejny film, który ukazuje nam bardzo intymny obraz głównej bohaterki. Marilyn bez wątpienia jest tutaj postacią dramatyczną. Kariera filmowa z jednej strony daje jej siłę i witalność, a z drugiej oplata ją niczym bluszcz, przez który woli spędzać większość dnia w łóżku, z dala od wszystkich osób i ich ciągłych zachwytów nad jej osobą. Najgorsze w tym wszystkim zdaje się być to, że z tej sytuacji nie ma naprawdę żadnego wyjścia. Dlaczego zatem nie pozwolić sobie na krótki romans, kolejny, jeden z wielu, na pewno nie ostatni... Marilyn przy Collinie rozkwita, pokazuje mu swoje prawdziwe oblicze. A jaka jest? Oj, nie da się jej opisać kilkoma słowami... Potrafi być dziecinna i niezaradna. Ciągle potrzebująca wsparcia innych i ich otuchy. Ktoś wciąż musi jej powtarzać, jaka jest wspaniała, bo tylko dzięki temu sama zaczyna w siebie wierzyć. I właśnie wtedy, jakby na przekór wszystkiemu, potrafi pokazać, że jej gwiazda świeci naprawdę jasno. Jednym ruchem bioder czy zmrużeniem oczu potrafi czynić absolutnie cuda. A wszystko po to, aby po chwili zamknąć się w swym pokoju, zażyć kilkanaście tabletek ("na uspokojenie, na witalność, na sen") i pogrążyć w depresji wynikającej z jej wielkości i spowodowanej tym samotności oraz niezrozumieniem. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że ma ona ogromne problemy psychiczne i że jej neurotyczność może być zaraźliwa. Chwilę potem ma się ochotę oblać ją zimną wodą tylko po to, aby wreszcie dorosła. A jeszcze później po prostu dochodzi się do wniosku, że to wszystko było tak naprawdę tylko jej wyrafinowaną grą aktorską... Jedno jest pewne, nie da się jej nie kochać...
Michelle oddała charakter postaci w stu procentach. Ten niewymuszony seksapil, lekkość ruchu i całkiem spontaniczna maniera. Ja przede wszystkim zapamiętam jej kokietujące spojrzenie i uwydatnione usta. Właśnie na twarzy aktorki widać, jak wiele pracy włożyła ona w przygotowanie do tej roli. Prawdziwy majstersztyk! Warto też zwrócić uwagę na przewijającą się w tle Emmę Watson, która też ma w sobie duży potencjał i która też w jakiś niewyjaśniony sposób przyciąga uwagę. Mnie osobiście początkowo denerwowała postać samego Collina. Eddie Redmayne kompletnie nie pasował mi do tej roli, ale w trakcie seansu doszedłem do wniosku, że bardzo się myliłem. Aktor jest bardzo "chłopięcy" i właśnie z tego względu tak bardzo pasuje do tej roli. Bardzo dobrze oddano też klimat Anglii z lat 60-tych. W dodatku ten brytyjski akcent. No i jeszcze ta muzyka... Ktoś może uznać film za nudny i nijaki. Ale właśnie ta lekkość sprawia, że każdy z widzów przeżywa z ekranową Marilyn swój własny czas. Dla mnie z pewnością będzie to niezapomniany wieczór. Szkoda tylko, że to 100 minut filmu minęło tak szybko, bo na Michelle mógłbym tak jeszcze patrzeć i patrzeć... Gorąco polecam My week with Marilyn wszystkim pasjonatom prawdziwego KINA. I nie uwłaczając ogromnego talentu genialnej Meryl Streep i jej roli w Iron Lady muszę sprawiedliwie przyznać, iż Michelle zwyciężyła u mnie w tym pojedynku...
Co poza tym? W TV taka kicha, że aż szkoda cokolwiek pisać. Smutne, naprawdę smutne, że hitem minionego tygodnia stał się "mięsny jeż" i piosenka o jakże osobliwym tytule "gówno" z najciekawszymi tekstami Tyszki i Wolińskiego z najsłynniejszego programu tej wiosny ;] Naprawdę, kompletnie nie rozumiem, czemu cały ten szajs tak bardzo trafia do większości polskich internautów. Rozumiem, że to co głupie należy obśmiać, ale czy jest sens, aby wciąż drążyć temat i poszerzać grono potencjalnych odbiorców czegoś takiego? Przecież to wstyd... Nic więcej. Wizyta Grycanek u Wojewódzkiego też na długo utkwi w mojej pamięci, niestety. Wiele telewizyjnych osobowości pochwala ich "luz" i "spontaniczność", ale jak dla mnie to zwykłe rozpuszczenie i brak jakiejkolwiek klasy. I naprawdę nie wiem, jaka jest głębia w stwierdzeniu, że "gruby jest szczęśliwszy niż ten chudy". Dobija mnie, że osoby znane z bycia znanym robią teraz w naszym kraju największą karierę. No ale skoro przeżyliśmy już Frytkę i Jolę Rutowicz, to pewnie przeżyjemy też Grycanki. Pocieszające jest to, że nowy "X factor" jest naprawdę dobry. Naprawdę wysoki poziom w tej edycji, mnóstwo ciekawych osobowości i głosów. Gdyby tylko zmienić to jury, sic!
Co muzycznie? A no jakoś przez ostatnie dni odświeżam stare hity. Killing me softly, Yesterday, Nothing else matters, Tears in heaven. No i czekam z niecierpliwością na juwenaliowe koncerty (Brodka!!!) oraz na 9 czerwca (Orange Warsaw Festival -> Linkin Park!!!).
A co z literaturą? No wróciłem do książek Charlaine Harris i właśnie zaczynam 6. część sagi o Sookie Stackhouse. Tak, wieeeem, płytko i powierzchownie. No ale ja lubię Sookie, lubię Erica, Jasona i TrueBlood. Tak już mam i koniec. I mimo, że książki Harris należą do tych, które można czytać gotując równocześnie obiad i rozmawiając jeszcze przez telefon, to jednak przyciągają. Najwidoczniej prostota też może fascynować :)
Na sam koniec chciałbym życzyć wszystkim odwiedzającym ten blog zdrowych, pogodnych i spokojnych Świąt Wielkiej Nocy. Tkwijmy jak najdłużej w czystości i nieskażeniu :)
Oczywiście jak zawsze zachęcam do dyskusji w komentarzach. A na sam koniec klimatyczny soundtrack.

No i teraz już jestem pewna, że prawdziwy z Ciebie romantyk!! :)
OdpowiedzUsuńJa nie lubię Suukii! Tylko Eric :))))))))
OdpowiedzUsuń