poniedziałek, 27 lutego 2012

Oryginalny brak oryginalności i gorzki posmak, czyli o Oskarach 2012 słów kilka...



     No i stało się. Akademia Filmowa po raz 84. rozdała swe nagrody. Nagrody, które od samego początku niezmiennie fascynują, wzbudzają zainteresowanie i oddziałują nawet na największych ignorantów. Czy było oryginalnie? A i owszem, było. Już same nominacje wzbudziły w tym roku wiele kontrowersji, a wczorajsza gala nie jednego poraziła oryginalnym brakiem oryginalności...
    Od niemal samego początku na zwycięzcę typowano "Artystę". Przyznaję się bez bicia, że jeszcze nie dano było mi go zobaczyć, więc póki co powstrzymam się z komentarzem. Nie rozumiem jednak, jak nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę męską mógł zgarnąć odtwórca głównej roli w tym filmie, niejaki Jean Dujardin. Powiedzmy sobie to wprost i otwarcie, aktor nieznany szerszej publiczności. Podobno stworzył niesamowicie charakterystyczną kreację aktorską w tym "niemym arcydziele współczesności", jak to określają znawcy kina. Co ciekawe, większość polskich krytyków filmowych nie pozostawia na nim suchej nitki. Ja osobiście kojarzę na razie Jeana tylko jako tego, który wygrał Oskara za 2011 rok. I właśnie w tym zdaniu pojawia się dla mnie swoisty konflikt interesów. Mianowicie - nie umniejszając talentu Dujardinowi - uważam, że nagroda takiej rangi jak Oskar powinna uhonorowywać za cały rok aktorskiej pracy, a nie tylko za pojedynczą kreację filmową. Wiem, że wiele osób się tu ze mną nie zgodzi i odpowie, że przecież to nagroda za "pierwszoplanową rolę męską", a nie za "dorobek pracy artystycznej w 2011 roku", nie mniej jednak ja zostaję przy swoim zdaniu. I chociaż pokładam wielkie nadzieje i liczę, że Dujardin nie zostanie tak po prostu zapomniany i da się lepiej poznać w innych rolach, to jednak nie chce mi się wierzyć, że podzieli los genialnego i absolutnie utalentowanego Christopha Waltza, który po otrzymaniu oskara w 2010 roku za "drugoplanową rolę męską" po prostu rozkwitł i który jeszcze przed zaprezentowaniem się szerszej publiczności w "Bękartach wojny" miał znacznie dłuższą listę kreacji filmowych niż nie znający jeszcze nawet języka angielskiego Jean Dujardin. Cóż, pożyjemy, zobaczymy...
     Same nominacje do nagrody za "pierwszoplanową rolę męską" były jak dla mnie jakąś wielką pomyłką. Brada Pitta bez wątpienia nie nominowano za rolę w NAPRAWDĘ KIEPSKIM "Moneyball" (jak w ogóle tak przeciętny film mógł dostać nominację do oskara...), ale za nazwisko. Przecież już w "Drzewie życia" pokazał coś więcej... Podobnie George Clooney, z którym ja sam mam ogromny problem. Osobiście jakoś nie potrafię się do niego przekonać, aczkolwiek muszę przyznać, że wszystkich bohaterów, jakich przyszło mu zagrać, nie sposób nie lubić. Film "Spadkobiercy", który także dostał nominację do oskara jako najlepszy film minionego roku nie wyróżnia się jednak kompletnie niczym. Ot co, kolejny film o skomplikowanych rodzinnych więzach, które w obliczu wielkiej tragedii zostają naprawione. I choć, jak już wcześniej wspomniałem, Clooney całkiem dobrze wciela się w rolę wiecznie zapracowanego i uroczo nieradzącego sobie z nastoletnimi córkami tytułowego "spadkobiercę", to jednak naprawdę nie ma żadnego szału. Podobnie jest z jego rolą w "Idach marcowych", które zresztą sam wyreżyserował. I myślę, że właśnie bardziej na reżyserii powinien się skupić, bo "Ides of march" naprawdę oddziałują na widza. Uważam, że to obowiązkowa pozycja dla każdego kinomaniaka. Jak dla mnie prawdziwy popis aktorski dał tam uwielbiany przeze mnie Ryan Gosling. Zarzuca mu się, że w każdym filmie jest tak samo posągowy, jednak mnie za każdym rozwala. I to na małe kawałeczki. Przekroczę tu już zapewne granice subiektywności, ale uważam, że miniony rok należał właśnie do niego. Jego ostatnie role w "Drive" czy "Crazy, stupid, love" naprawdę porażają. A to, co wyprawia w "Idach marcowych" jest wręcz nie do opisania. Przyglądam się uważnie temu aktorowi już od dłuższego czasu, odkąd obejrzałem "Stay", gdzie wciela się w rolę neurotycznego Henry'ego. Naprawdę potrafi poruszyć. W "Pamiętniku" wzbudza mimowolną sympatię, w "Blue valentine" na zmianę go nienawidzimy i mu współczujemy, a w "Idach..." tak przyciąga wzrok, że najzwyczajniej w świecie nie da się na niego nie patrzeć. Wielka, naprawdę wielka szkoda, że to nie on otrzymał oskara za 2011 rok, bo naprawdę na niego zasłużył. A "Idy..." powinny wygrać w kategorii "Najlepszy scenariusz adaptowany", przegrana ze "Spadkobiercami" jest w tym przypadku naprawdę bolesna.
     Wróćmy jednak do głównych nominowanych filmów. "Drzewo życia" jest tak wypchane refleksyjnością i sztucznym artyzmem, że aż chce się rzygać. Fani książek Coelha zapewne będą zachwyceni, ale daję sobie głową uciąć, że za jakiś czas film zyska miano kiczowatego. A oglądanie go będzie jak przesłuchiwanie starych płyt niegdyś ubóstwianego zespołu Ich troje... "Służące" także są wciąż na mojej liście "do obejrzenia", więc powstrzymam się z oceną słuszności nominacji. Mnie osobiście z całej nominowanej dziesiątki najbardziej zainteresowały "Hugo i jego wynalazek" oraz "Czas wojny". Scorsese to dla mnie mistrz, absolutny mistrz. Niedościgniony, jedyny w swoim rodzaju, nie do podrobienia. "Hugo" to taka bajka dla trochę starszych widzów. Dobra technicznie i ciekawie przedstawiona pod względem fabularnym. Oczywiście nie jest to najlepszy film Scorsese, ale jak można go w ogóle zestawiać z "Moneyball" czy "Spadkobiercami". Fakt faktem, otrzymał najwięcej nominacji (bo aż 11!), z czego wygrał aż w 5 kategoriach. Tylko czy aby na pewno powinien wygrać oskary za "Najlepsze zdjęcia" i "Najlepsze efekty specjalne"? Pozostawiam to do oceny Wam, gdyż ja sam mam nieodparte wrażenie, że o wygranej w tym przypadku znowu zdecydowało słynne nazwisko. Moim zdaniem lepsze zdjęcia miał "Czas wojny". Sama historia także niebanalna, choć trzeba przyznać, że bardzo kunsztownie i zgrabnie zmontowana, typowo pod oskara. Jakkolwiek, Spielberg opuścił galę bez żadnej statuetki. Nie mniej jednak "War horse" warto obejrzeć (sam wciąż uśmiecham się na wspomnienie pewnej charakterystycznej i niezwykle agresywnej gęsi...).
     Jestem bardzo szczęśliwy, że w kategorii "Najlepsza pierwszoplanowa rola kobieca" nagrodę otrzymała moja osobista królowa Meryl Streep. Kocham ją miłością nieskończoną i już chyba niezależną ode mnie. Każda jej rola jest niesamowita i oryginalna. Nic dziwnego, że to już jej 3. oskar z 17. nominacji. Potrafi być przekomiczna ("Ze śmiercią jej do twarzy"; "To skomplikowane"), romantyczna ("Co się wydarzyło w Madison County"), zagubiona ("Pokój Marvina"), bezwzględna ("Diabeł ubiera się u Prady"), posągowa ("Wątpliwość"), pełna radości życia ("Julie i Julia") czy wreszcie po prostu kochana ("Mamma mia"). W "Żelaznej damie" w niektórych scenach jest absolutnie nie do poznania. Doskonale wcieliła się ona w postać Margaret Thatcher. Mnie osobiście najbardziej w tym filmie podobało się to, że życie iron lady nie zostało przedstawione na płaszczyźnie czysto historycznej. W zamian za to otrzymaliśmy naprawdę intymny obraz kobiety, którą można kochać i nienawidzić jednocześnie. Nieprawdopodobne, ileż ta aktorka ma twarzy. Zdecydowanie najbardziej zasłużona nagroda na tej gali... Osobiście kibicowałem też bardzo Michelle Williams. Pamiętam ją jeszcze z młodzieżowego serialu "Dawson's Creek", w którym wcielała się w rolę zbuntowanej Jennifer. Niesłychane, jak wielką metamorfozę przeszła od tamtego czasu. Teraz to już bardzo świadoma swego ogromnego talentu prawdziwa aktorka. Osobom, które jeszcze nie zbyt dobrze ją kojarzą polecam "Tajemnicę Brokeback Mountain", "Wyspę tajemnic" i przede wszystkim "Blue valentine", gdzie jest naprawdę genialna. Bardzo mocno jej kibicuję i jestem przekonany, że kiedyś otrzyma oskara. Mimo, że nie widziałem jeszcze filmu, za jaki została nominowana ("Mój weekend z Marilyn"), trzeba przyznać, że w konkurencji z Meryl po prostu musiała przegrać ;)
     No i na sam koniec nasze dwa polskie akcenty. "W ciemności" Agnieszki Holland przegrało z irańskim "Rozstaniem". Jak typowano, tak też się stało. Myślę jednak, że już sama nominacja powinna nas cieszyć. I może nadszedł czas, abyśmy wreszcie nieco zeszli z tematu wojny i holokaustu. Owszem, temat ważny i taki, o którym nie powinno się zapominać ze względu na naszą bogatą i krwawą historię, ale przecież jest jeszcze mnóstwo innych, równie ważnych tematów, na jakich można się skupić. Cieszę się, że Robert Więckiewicz towarzyszył Holland na czerwonym dywanie. Z polskich aktorów pasował tam chyba najbardziej. Jeśli chodzi natomiast o Janusza Kamińskiego, to nie zgadzam się z decyzją Akademii Filmowej. Bez wątpienia zasłużył on na nagrodę za zdjęcia do "War horse". Cóż, nie zawsze wygrywają najlepsi...
      Podsumowując, nie jestem zadowolony z rozwiązania konkursu w ten sposób. I o ile rok temu bardzo cieszyłem się z wygranych "Jak zostać królem", "The social network", Colina Firtha i Natalie Portman, o tyle w tym roku czuję po prostu niesmak. Nasuwa mi się nieco gorzkie pytanie, czy "najlepsze" nadal znaczy "najlepsze". I jakoś nie potrafię pozbyć się przeświadczenia, że to już nie te oskary, które tak bardzo ekscytowały. Miejmy nadzieję, że za rok nie będziemy czuć już tych mdłości, a sama gala okaże się mniej przeterminowana...


"Uważaj na myśli, bo stają się słowami.
Uważaj na słowa, bo stają się działaniem.
Uważaj na działania, bo stają się zwyczajem.
Uważaj na zwyczaje, bo stanowią o charakterze.
I uważaj na charakter, bo staje się twoim przeznaczeniem.
Stajemy się tym, co myślimy..."

(Margaret Thatcher, Iron lady)

ps: znakomite słowa, ale mając je przed oczami i czytając notkę powyżej mam nadzieję, że nie stanę sie na starość krytykującym wszystko zrzędą ;)

piątek, 24 lutego 2012

Mój trzeci pierwszy raz...


     Dwuznaczny tytuł. A to dlatego, że ja uwielbiam dwuznaczności i w większości przypadków są one podstawą do naprawdę fajnych żartów sytuacyjnych ;)
     Oczywiście chodzi o pisanie. Piszę. Od około jedenastego roku życia. Różne i przeróżne rzeczy. Powieści, opowiadania, scenariusze (seriali, filmów, a nawet gier komputerowych), felietony. I w większości do szuflady i wyłącznie dla samego siebie. Przynajmniej tak było do tej pory, bo teraz planuję mały i stopniowy coming out ;) W mojej historii pisarstwa zdarzyło mi się prowadzić dotychczas dwa blogi - naprawdę żałosne i dziecinne... Opisywałem co robię i z kim. To były czasy podstawówki, może gimnazjum. Robili to moi znajomi, więc i ja to robiłem. I naprawdę mi się podobało. Problem pojawił się, kiedy przypadkiem jedna z niepowołanych trafiła na jeden z blogów i po rozmowie z nią postanowiłem nieco wystopować z tym publicznym uzewnętrznianiem się. Do dziś pamiętam jednak jej słowa o tym, że naprawdę fajnie się to czyta. I pochwałę, że nie znalazła żadnego błędu ortograficznego ;) Nie mniej jednak blog został usunięty i przez ostatnie lata pisałem tylko dla siebie. Brałem udział w wielu amatorskich konkursach literackich (kilka z nich udało mi się nawet wygrać!), napisałem łącznie 7 felietonów na różne tematy (kto wie, może nawet któryś z nich kiedyś gdzieś czytaliście) i prowadziłem czysto literackie forum, na którym użytkownicy mogli podzielić się swoimi pomysłami i przedstawiali scenariusze swych autorskich seriali. Sam kilka utworzyłem, choć zdecydowana większość jest wzorowana na amerykańskich serialach młodzieżowych i nie należy do ambitnych. Do dziś uśmiecham się jednak na wspomnienie maili lub sms-ów od użytkowników mojego forum z prośbą, abym wkleił kolejny epizod mojego własnego serialu, bo zżera ich ciekawość, co wydarzy się dalej ;) Samo forum i jego prowadzenie przeze mnie ma długą historię, ale nie zamierzam do niej wracać. Z pewnością wiele mnie ono nauczyło i pozwoliło rozwinąć warsztat pisarski. Niestety, ostatecznie zmarło śmiercią naturalną z powodów czysto osobistych. Ale pisać nie przestałem...
     Najbliższe memu sercu są bez wątpienia  opowiadania, w których napisanie włożyłem wiele pracy. Czytali je naprawdę nieliczni, najbliżsi. Podobno potrafię wzruszyć. Na stronach jednego z nich wciąż widnieje rozmazany tusz - ślad po wzruszeniach M. Piszę dla siebie, sprawia mi to ogromną przyjemność, czerpię z tego radość. Bez wątpienia pomaga mi to też w kontaktach międzyludzkich - prowadząc daną postać w opowiadaniu sam próbuję się w nią wcielić, dzięki czemu stałem się całkiem niezłym psychologiem. Oczywiście, jak każdy, bywam porywczy, ale sądzę, że potrafię pomóc, służyć dobrą i szczerą radą i przede wszystkim wysłuchać. Sam też jestem strasznym gadułą, ale to już inna sprawa...
     Jedynie poezja była i jest mi obca. Czasem sięgnę po jakiś wiersz, ale jakoś tego nie czuję. Sam zresztą nigdy nic takiego nie napisałem i póki co nie mam zamiaru.
     I oto wczoraj, w czasie mojej podróży pociągiem postanowiłem choć trochę wyjść z mojej szuflady i dysku twardego komputera. Od czasu do czasu chcę podzielić się z szerszym gronem moimi przemyśleniami i refleksjami na różne tematy. Nie będzie tu opisu mojego życia, jakiegoś pamiętnika czy operowania nazwiskami najbliższych mi osób (o to samo proszę ewentualnych komentujących). Bardziej chcę się skupić na sferze kulturalnej (muzyka, kino, literatura) oraz na opisie szarych, burych, ale tak naprawdę szalenie niezwykłych codzienności. Liczę, że znajdą się chętni do podjęcia kulturalnej dyskusji i do podzielenia się swymi przemyśleniami.
     Od razu pragnę też zaznaczyć, że nie zamierzam zbytnio skupiać się na formie, a na treści. Będę się pilnował i starał panować nad interpunkcją i gramatyką, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Dlatego też proszę mi wybaczyć jakieś literówki czy niedociągnięcia, po prostu gdy jestem w transie szybko piszę i tylko częściowo kontroluję tzw. słowo pisane ;)

A dla tych, którzy trafili tu zupełnie przypadkiem, krótka notka o mnie i lista "moich ulubionych".

Student. 23 lata. Uparty, ale zdolny do kompromisu. Bezwzględnie mówiący co myśli i często potem tego żałujący. Szczery do bólu i oczekujący od innych tego samego. Tolerancyjny, lecz nietolerujący fałszu i zdrady. Honorowy i pamiętliwy, oj pamiętliwy. Ceniący nad wyraz łączące ludzi relacje, zwłaszcza szeroko-rozumianą i często niezdefiniowaną przyjaźń. Przede wszystkim kochający życie i ludzi i wciąż nimi nienasycony człowiek, który (na ogół) lubi samego siebie. Kiedy trzeba to menda.

muzyka: Keane, Natalie Imbruglia, Linkin Park, Justin Timberlake, Brodka, Myslovtiz, Damian Ukeje
piosenka: Time of my life, Forever young, Avalon, Crawling, Smells like teens spirit, Stop for a minute, What goes around (comes around), Saute
TV: X factor, The voice, Kuchenne rewolucje, Postaw na milion
kino: Lynch, Scorsese, Nolan, Coen, Spielberg, Jackson, Allen, Smarzowski
film: Donnie Darko, Shutter island, Revolutionary road, Blue valentine, The prestige, Stay, Inglourious basterds, Dirty dancing
serial: Modern family, Friends, True blood, Lost, Skins, Revenge, Twin Peaks, BH 90210, Dawsons Creek, Usta usta i wiele, wiele innych... ;)
aktor: Meryl Streep, Michelle Williams, Kate Winslet, Diane Kruger,  Leonardo DiCaprio, Ryan Gosling, Michael Pitt, Magdalena Cielecka, Marcin Dorociński
literatura: Agatha Christie, Harlan Coben, J.D. Robb, Charlaine Harris, Zbigniew Nienacki
czasopismo: Tele Tydzień, Mens health, Świat wiedzy