piątek, 28 września 2012

Nieoczekiwana zamiana miejsc, czyli o dwudziestu dzieciakach obserwujących każdy Twój ruch...

  
  Zastanawiające, nigdy nie wiadome jest to, w jakiej sytuacji postawi nas los. Jest w tym odrobina jakiejś magii, bo przecież to co wyskoczy nagle zza rogu lub spadnie na nas niczym "prosto z nieba", może być naprawdę przyjemne i rozwijające. Na ogół mamy jednak zwyczaj głupiego generalizowania i utwierdzania nie tylko samych siebie, lecz także wszystkich dookoła, że "los się na nas uwziął". A przecież nikt tak naprawdę nie wie, jakie jest jego przeznaczenie. Sami kierujemy swym życiem, sami obieramy odpowiedni kurs na nie i przecież w każdej chwili możemy go zmienić. I właśnie najciekawsze jest to, że czasem znajdujemy się w sytuacji, jakiej kompletnie nie planowaliśmy. Z takich spontanicznych sytuacji można jednak wyciągnąć wiele ciekawych wniosków. Ja sam znalazłem się ostatnio w zupełnie nowej dla mnie sytuacji. Jako uczestnik kursu pedagogicznego musiałem przeprowadzić kilka lekcji chemii z uczniami gimnazjum, czyli stanąłem z tej drugiej strony tablicy. Było bez wątpienia ciekawie i pouczająco. Jednocześnie cała ta sytuacja pozwoliła mi spojrzeć na całą moją ścieżkę edukacyjną (a właściwie na moich pedagogów) z zupełnie nowym, świeżym spojrzeniem. No, ale o tym później. Tak więc dziś o wynikach badania codzienności prosto spod tablicy ;)
     Uwierzcie mi, z tej drugiej strony naprawdę wszystko widać! Absolutnie wszystko! Już po jakichś pięciu minutach można łatwo zorientować się, kto zajmuje jaką pozycję w klasowej, a być może nawet i w szkolnej hierarchii. Widać sympatie i antypatie, długie spojrzenia wynikające zarówno z pierwszych młodzieńczych zauroczeń, jak i ze zwykłej zazdrości lub złości, które przecież nikomu z nas nie są obce. Widać, kto błądzi myślami po księżycu, a kto jest naprawdę zainteresowany i żądny wiedzy. No i naprawdę widać, kiedy ktoś ściąga! ;) Jeśli więc do tej pory sądziliście, że byliście w szkole mistrzami ściągania, to zapewniam Was, że w dużej mierze tytuł ten zawdzięczacie przychylnemu oku nauczyciela. Miałem wątpliwą przyjemność przeprowadzenia i sprawdzenia sprawdzianu, tak więc byłem naocznym świadkiem prób ściągania. I widząc te szybkie i ukradkowe spojrzenia, a to na mnie jako ich opiekuna, a to na kartkę z odpowiedziami kolegi siedzącego obok, po prostu chciało mi się śmiać. Więcej doświadczeń zdołałem jednak zdobyć prowadząc lekcje. Otóż w jednej chwili to ja sam musiałem zapanować nad grupką niemal dwudziestu nieznanych mi gimnazjalistów, którzy już od pierwszej sekundy po wejściu do sali lekcyjnej, patrzyli na mnie z wielką nieufnością i jednoczesnym zainteresowaniem. I właśnie w tym jednym jedynym momencie zdałem sobie sprawę, co to znaczy być nauczycielem. Każda z tych dwudziestu osób śledzi niemal każdy twój ruch i uważnie przysłuchuje się każdemu twemu słowu. Co więcej, nie raz pozwala sobie na bardzo krytyczne i odważne komentarze pod kątem twojej osoby. A ty musisz wciąż zachowywać zimną krew, być osobą przyjazną, godną zaufania i jednocześnie surową oraz pilnującą porządku. Miałem to szczęście, że trafiłem na grupkę naprawdę fajnych młodych ludzi, którzy po pierwszych dziesięciu minutach kompletnego milczenia i braku reakcji na to, co staram im się przekazać, zaczęli w końcu ze mną współpracować. Współpraca zaowocowała nawet kilkoma bardzo dobrymi ocenami z aktywności. Co prawda, kwestia sprawdzianu nie była już taka kolorowa, ale nie o tym chcę tu pisać. Pragnę zwrócić uwagę na to, aby każdy z nas chociaż czasami starał się postawić w sytuacji drugiego człowieka. Ja po tych kilku godzinach praktyki w szkole rozumiem już prośby nauczyciela lub wykładowcy o to, aby w trakcie wykładu nie rozmawiać i uważać, bo to naprawdę przeszkadza, rozprasza i deprymuje. No ale nie o samą szkołę tu chodzi. W naszym codziennym życiu wiele jest sytuacji, w których wyśmiewamy lub szydzimy z zachowania innych nie wiedząc, że być może wkrótce to nam przyjdzie postawić się w ich sytuacji i zmierzyć z podobnymi zadaniami. Mam tu na myśli różnego rodzaju sprzedawców, ankieterów czy choćby prezesów, szefów. Może kiedy dzwoni do nas obsługa sieci warto jednak na spokojnie oznajmić, że nie interesuje nas nowa oferta, zamiast rzucać wyzwiskami i okazywać złość? W końcu po drugiej stronie telefonu znajduje się osoba podobna do każdego z nas, która po prostu wykonuje zlecone zadania. Naprawdę, myślenie i odrobina empatii nie boli, a może zaoszczędzić nam wielu stresów i problemów.
     Cała ta szkolna zabawa w pedagoga pozwoliła mi też zwrócić uwagę na to, jaki owy pedagog powinien być. Kiedy wracam wspomnieniami do niektórych wydarzeń z moich szkół, nie raz włos mi się na głowie jeży. Rzeczywiście, bardzo często to uczniowie są tymi gorszymi i utrudniają prowadzenie lekcji oraz po prostu przeszkadzają. Zdarza się jednak i tak, że to nauczyciele mają o sobie zbyt wysokie mniemanie i najzwyczajniej w świecie nie potrafią pełnić wyznaczonej roli, czyli wychowywać. Dla mnie aspekt wychowywania jest nierozłączny z szacunkiem dla drugiego człowieka. Właśnie w ten sposób wychowali mnie rodzice - zawsze traktowali mnie jako równorzędnego partnera, potrafili ze mną rozmawiać  i przede wszystkim zawsze chcieli mnie wysłuchać. Myślę (mam nadzieję?), że uniknęli przy tym efektu rozpieszczenia, który jest coraz częściej obserwowany u młodych rodzin. Właśnie dzięki takiemu traktowaniu przez rodziców ja sam też potrafię rozmawiać, słuchać i nienawidzę z góry oceniać (w ogóle sądzę, że przypinanie komuś jakichkolwiek "łatek" jest jedną z najbardziej krzywdzących rzeczy). I sądzę, że bez szacunku dla drugiego człowieka nie może być mowy o jakimkolwiek nauczaniu czy pedagogice. Bo czy pedagogiem może siebie nazwać osoba, która na forum całej klasy pyta ucznia w okularach o to, jak bardzo jest ślepy? Albo która każe się do siebie zwracać per "pani profesor" (mimo tytułu magistra) twierdząc, że ze stwierdzeniem "proszę pani" można się udać jedynie do pani sprzątaczki? Czy pedagogiem powinna być osoba, która z powodów osobistych traktuje wybranego ucznia inaczej od wszystkich, odbiegając już od tego, czy go wychwala pod niebiosa, czy obniża jego poczucie własnej wartości wciąż starając mu się udowodnić, że do niczego się nie nadaje? Wreszcie, czy pedagogiem powinna być osoba, która własne niepowodzenia wychowawcze lub problemy emocjonalne przelewa na swych uczniów? Zdecydowanie nie... Wszystkie podane przeze mnie powyżej przykłady pochodzą z życia codziennego, z życia mojego i moich znajomych. Zastanawiające, że dopiero z wiekiem i z osiągnięciem dojrzałości dociera do człowieka, w jak podły sposób był nieraz traktowany... A czy może być coś gorszego niż upokorzenia na tle całej klasy w wieku, w którym człowiek się rozwija i szuka swojej przynależności, swojego miejsca? Czasy bicia linijką po łapach czy stania w kątach odeszły w niepamięć, zatem najwyższa pora, aby niezdolni mentalnie, a wręcz śmiem stwierdzić, iż mentalnie upośledzeni nauczyciele także odeszli do lamusa. To nie jest średniowiecze i ciemnogród, ale coraz bardziej otwarty i świadomy społecznie świat. Dzisiejsze dzieciaki ze szkoły podstawowej czy gimnazjum w żaden sposób nie przypominają tych z moich czasów. Każde z nich jest przekonane, że ma rację, że jego zdanie jest ważne i że należy się z nim liczyć. I bez wątpienia żadne z nich nie pozwoli sobie na podłe traktowanie przez nauczycieli. Oczywiście pośród wielu wad (zbyt wysokie mniemanie o sobie szóstoklasisty nie jest wcale niczym dobrym!), ma to zalety. Rządy niektórych pseudo-pedagogów zakończą się raz na zawsze, a mnie jako osobę dręczoną kiedyś przez nauczyciela z powodów czysto osobistych (pomimo, nie chwaląc się, naprawdę dobrych wyników w nauce) ogromnie to cieszy. Całe szczęście, że na swej drodze spotkałem w przeważającej ilości tych normalnych nauczycieli, sprawiedliwych, nieprzypinających "łatek" i traktujących uczniów z szacunkiem. Ufff, koniec tej mini-spowiedzi.
     Suma summarum, bądźmy po prostu ludźmi. Otwartymi na innych ludzi. Potrafiącymi słuchać i mówić o tym, czego pragniemy i co nas boli. Nie tkwijmy biernie w miejscu, w bezruchu, sądząc, że w końcu będzie lepiej. Nie pozwalajmy się krzywdzić, bądźmy sobą i przede wszystkim dążmy do tego, aby cieszyć się z każdego dnia. Bo tylko dzięki prostemu przekazowi, czyli mówieniu wprost, możemy być naprawdę szczęśliwi. Tak jak obecnie jestem ja :)

Na sam koniec tradycyjnie już miła pioseneczka i prośba do moich bliskich znajomych, którzy znają z przeszłości przytoczone przeze mnie przykłady o to, aby w ewentualnych komentarzach powstrzymać się jednak od rzucania nazwiskami ;) I oczywiście komentujcie! Może sami też macie jakieś historie, jakimi chcecie się podzielić? :)


wtorek, 4 września 2012

Nie jest źle, a wręcz jest dobrze, czyli rozgrzeszamy polskich filmowców...

     Teoretycznie wakacje już za nami, w praktyce (przynajmniej dla mnie i innych studentów) jeszcze prawie miesiąc leniuchowania. Pocieszające, że pod względem astronomicznym pozostały niemal trzy tygodnie lata, a jako, że przez ostatnie dwa dni słońce wyjątkowo często wygląda zza chmur, należy myśleć optymistycznie i mieć nadzieję, że owe trzy tygodnie nas rozpieszczą i pozwolą swobodnie naładować akumulatory na cały rok akademicki. Ja postanowiłem nieco ukrócić swe lenistwo doskonałe i chociaż częściowo powrócić do swych zwyczajów, w tym do pisania, w związku z czym od dziś zarządzam koniec sezonu ogórkowego na tym blogu! Pełen sił i energii wracam do badania codzienności. Aby jednak na dobre rozpocząć nowy sezon, warto najpierw rozliczyć się z treści ostatniej, przedwakacyjnej notki, w której skrytykowałem naszą narodowościową dumę, nasze cwaniactwo, wredność i zaściankowość. Dziś chciałbym udowodnić, że Polacy jako naród niekoniecznie muszą być wciąż krytykowani. A posłużę się przykładem polskiego filmu, z którego naprawdę powinniśmy być dumni. A jeśli to dla któregoś z Szanownych Czytelników za wiele, radzę przynajmniej bliżej przyjrzeć się polskiej kinematografii z ostatnich pięciu lat. I nie chodzi mi tu o głośne, wszędzie rozreklamowane i niestety tak głupie, że wręcz obrażające potencjalnego widza dzieła pokroju "Wyjazdu integracyjnego" czy "Kac Wawa".
     Niestety, ale prawda jest brutalna. Najwięcej i najgłośniej mówi się u nas w kraju o filmach naprawdę słabych, w tym najczęściej o nieśmiesznych komediach romantycznych lub kiepskich podróbkach filmów z zachodu. Osoby nieinteresujące się zbytnio filmowymi nowościami i niemające czasu na codzienne poszperanie na portalach filmowych nie mają szans na zobaczenie dzieł naprawdę ambitnych, poruszających ważne problemy i przede wszystkim stworzonych z szacunkiem dla widza. Nie chodzi mi w żadnym wypadku o kino niezależne, które przez ostatnie dwa lata rozwija się w naprawdę błyskawicznym tempie, ale o polskie kino niszowe. Jeśli w filmie nie występują Szyc, Karolak lub Figura, na ogół się o nim nie mówi. Chyba, że mamy do czynienia z treścią wyjątkowo odbiegającą od normalności, wręcz patologiczną, z tematem tabu. Takie filmy doskonale się sprzedają, bo ludzie lubią oglądać to, co zakazane i inne. Tak było przecież w przypadku "Galerianek", "Sponsoringu", czy może nieco mniej głośnego filmu "Świnki". Wszystkie trzy wymienione tytuły bez wątpienia zasługują na uwagę i to nie tylko dlatego, że pokazują ważne (chociaż zdecydowanie zbyt przerysowane) problemy społeczne, ale przede wszystkim ze względu na znakomite kreacje aktorskie Polaków, zwłaszcza Joanny Kulig (bardzo odważna kreacja aktorska w "Sponsoringu") czy Filipa Garbacza i Daniela Furmaniaka (obydwaj znakomicie zagrali w "Świnkach"). Nie wiem, jak potoczą się losy Furmaniaka, bo jak na razie ma na koncie jedynie dwa filmy, ale Garbaczowi wróżę naprawdę wielką karierę. Chłopak jest jeszcze bardzo młody i zdecydowanie nie przypomina typowego aktora-amanta, co tak naprawdę jest wielkim plusem, bo nie pozwoli mu na zaszufladkowanie w gatunku dennych komedii romantycznych. Filip bardzo dobrze zagrał też w "Matce Teresie od kotów", u boku Mateusza Kościukiewicza, 26-letniego aktora, w którym ja osobiście pokładam największe nadzieje. Nie sprzedaje się mediom, nie gra w serialach i przede wszystkim wciąż realizuje ciekawe projekty. Ostatnio było o nim trochę głośniej z powodu ślubu z Szumowską, nad czym bardzo ubolewam. Bo dlaczego nie mówi się o nim jako o znakomitym aktorze tylko już przykleja łatkę młodego cwaniaczka, który przez ślub ze znaną reżyserką i scenarzystką liczy na osiągnięcie sukcesu? Wszystkim, którzy Mateusza nie kojarzą, polecam bardzo dobry film "Wszystko, co kocham" oraz "Matkę Teresę od kotów". Przyzwoicie zagrał też w "Bez wstydu", a obecnie pracuje nad "Baczyńskim", "Nowhere", "Baby blues" i "Wałęsą". Wszystkich czterech filmów z jego udziałem jestem szalenie ciekawy. Jeśli chodzi o innych aktorów młodego pokolenia, równie interesująco przedstawia się postać Jakuba Gierszała, znanego przede wszystkim z "Sali samobójców". Na ekrany kin wszedł właśnie najnowszy film z jego udziałem "Yuma", którego niestety jeszcze nie widziałem. Film zbiera jednak jak na razie bardzo dobre opinie i oceny (7,1 na filmwebie dla polskiego filmu to naprawdę coś), a zatem musi być naprawdę dobry. Jeśli chodzi o płeć piękną, mocno kibicuję Aleksandrze Hamkało ("Sala samobójców", "Big love") oraz Oldze Frycz. Obie są bardzo atrakcyjne, młode i zdolne. Moją uwagę bardziej przyciąga jednak ta druga. Nie można jej przypiąć łatki "idealnie pięknej kobiety", ale bez wątpienia posiada ona coś, co przynajmniej mnie elektryzuje. Przypomina mi ona nieco Kristen Stewart. Zabawne, że Kościukiewicza, który partnerował jej we "Wszystko, co kocham" określa się mianem polskiego Pattinsona. Może to właśnie dlatego Jacek Borcuch połączył ich na ekranie? ;)
     Nie można jednak skupiać się tylko na młodym pokoleniu, gdyż mamy wielu znakomitych i tylko nieco starszych aktorów. Wśród kobiet na wielką uwagę zasługują: Magdalena Boczarska ("Różyczka", "Zero"), Izabela Kuna ("Lincz", "Galerianki", "Lejdis"), mój osobisty ideał piękna i klasy Magdalena Cielecka ("Wenecja", "Mniejsze zło"), Agnieszka Grochowska ("W ciemności", "Bez wstydu"), Maja Ostaszewska ("Uwikłanie"), Ewa Wencel ("Plac zbawiciela"). Jeżeli chodzi o mężczyzn, to w absolutnej czołówce są Marcin Dorociński i Robert Więckiewicz ("Wymyk", "W ciemności", "Różyczka", "Vinci"). Bardzo ubolewam nad tym, że większość polskich aktorów poświęca życie i karierę na grę w polskich serialach, przez co sami się szufladkują i tracą szansę na realizację naprawdę fajnych projektów. Wymienieni przeze mnie wyżej panowie od tej reguły odbiegają, co zdecydowanie im służy. Więcej pochwał niż Dorociński w ostatnim czasie dostał mało który polski aktor. Całkowicie na wszystkie zasługuje, bo chyba nie ma takiego drugiego, który tak bardzo angażowałby się w życie tworzonej przez siebie postaci. Należy jednak pamiętać, że oprócz fantastycznych kreacji aktorskich ("Róża", "Lęk wysokości", "Rewers") zaliczył też kilka wpadek ("Kobieta, która pragnęła mężczyzny", "Idealny facet dla mojej dziewczyny", "Miłość na wybiegu"). Takiemu wielkiemu aktorowi można, a chyba nawet trzeba to wybaczyć. Wymieniając nazwiska dobrych (moim zdaniem) polskich aktorów i aktorek, w nawiasach wymieniłem tytuły naprawdę dobrych polskich filmów z ostatnich trzech, czterech lat. Bardzo polecam wszystkim, aby w miarę możliwości skusili się na zobaczenie chociaż kilku z nich. Najbardziej zachęcam do obejrzenia: "Placu zbawiciela", "Różyczki", "Linczu", "Bez wstydu", "Wymyku", "Joanny". Bo "Różę", nominowane do Oskara "W ciemności", "Dom zły" i "Rewers" na pewno każdy już widział, a jeśli jeszcze nie, niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że polscy reżyserzy i scenarzyści są naprawdę dobrzy w dramatach społecznych i obyczajowych. I to właśnie takich filmów powinno w Polsce jak najwięcej powstawać. Po co tworzymy durne wersje własnego "Kac Vegas" czy kiepskie komedie romantyczne ("Tylko mnie kochaj" i "Listy do M." są tu wyjątkami), skoro one ani trochę nie śmieszą, a wręcz przeciwnie, oburzają i wkurzają. To właśnie dla takich tworów powstały specjalne polskie nagrody filmowe dla najgorszych filmów "Węże". W poprzednim roku niechlubne pierwsze miejsca przypadły między innymi Nataszy Urbańskiej, Borysowi Szycowi, Pawłowi Małaszyńskiemu, natomiast za najgorszy film roku 2011 uznano "Wyjazd integracyjny". Miejmy nadzieję, że pojawienie się tych nagród przyczyni się do tego, że w następnych latach będą powstawać tylko dobre filmy.
     A myślę, że warto być optymistą, bo zapowiada się naprawdę ciekawy pod względem polskich filmów sezon. Już we wrześniu na ekrany kin wchodzi najnowszy film Leszka Dawida "Jesteś Bogiem" o legendarnej grupie Paktofonika. Bardzo interesująco zapowiadają się też: "W sypialni", "Trzy siostry T", "Sęp" i "Baby blues". No i wreszcie coraz bliżej premiery bardzo głośnych: "Obławy", "Tajemnicy Westerplatte" i "Wałęsy". A jak to wszystko będzie, czas i widzowie zweryfikują :)

Na sam koniec fragment wywiadu z Mateuszem Kościukiewiczem:
dziennikarz: Masz jakiś plan na te 10 lat?
M.K.: Co ty, stary. Plany nie wypalają. Chciałbym robić filmy, pisać, śpiewać, tanczyć, k..., recytować.
dziennikarz: Nie myślałeś, żeby pójść do serialu?
M.K.: Zamęczyłbym się. Nie interesuje mnie uczestniczenie w celebryckim przewodzie pokarmowym, nie chcę ulec strawieniu. W Polsce jest tyle ciekawych środowisk, w których można się realizować artystycznie i intelektualnie.

No i jeszcze zapowiedź "Yumy" :) Komentujcie, proszę :)