Kolejne krakowskie (i nie tylko krakowskie!) juwenalia przeszły do historii. Czy było szczególnie, wyjątkowo? Z pewnością. Myślę, że każda impreza potrafi być tą szczególną i wartą zapamiętania, jeśli tylko uda się wykrzesać z niej to, co co najsmaczniejsze. Wówczas nawet wiatr, nawet ciemne chmury, posępna pogoda, spierzchnięte usta i obolałe gardło schodzą na drugi plan. I jeśli tylko się chce, można samemu sprawić, że zza horyzontu wyłoni się kilka naprawdę przyjemnych promieni słońca :)
Ja swoje juwenalia rozpocząłem w środę koncertem na UEku. Niestety, pogoda nie rozpieszczała i właściwie z każdą minutą stawało się coraz zimniej. Nawet to nie przeszkodziło mi jednak w skosztowaniu czysto juwenaliowego piwa - no przecież ta impreza zdarza się tylko raz do roku, a bycie studentem do czegoś zobowiązuje! Nauczyciele mają swój dzień, górnicy, mamy, dziadkowie, pocałunki, stringi (sic!), nawet psy i koty! Dlaczego więc studenci mieliby się ograniczać i to wtedy, kiedy sam prezydent miasta oddaje im klucze do swego królestwa? Należy oczywiście w tym wszystkim pominąć fakt, że niejednokrotnie studenci zachowują się gorzej niż wspomniane wcześniej psy i koty... No ale przechodząc do konkretów. Studentów przywitał niejaki Junior (a może Dżunior? - tego nie wiedzieli nawet prowadzący...) Stress, czyli zespół mi, bardziej lub mniej, nieznany. Było znośnie, a nawet momentami śmiesznie i wesoło, ale nie wierzę, że ktokolwiek z przybyłych zjawił się właśnie z powodu koncertu tejże bandy. Tuż po nich, bez zbędnego spóźnienia tak bardzo charakterystycznego dla gwiazd jej formatu, na scenie pojawiła się Monika Brodka :) A mi od razu roześmiała się japa :D Bo w taki właśnie stan wprawia mnie jej muzyka. Trzeba przyznać, że nie było zaskakująco - oglądałem chyba wszystkie koncerty Brodki "na żywo" na youtube, więc znałem wręcz na pamięć kolejność poszczególnych śpiewanych przez nią piosenek. Co więcej, nawet numery specjalne nie były zaskoczeniem. Nie mniej jednak był to mój pierwszy koncert Moniki (przez cały rok nie mogłem sobie darować, że równo 365 dni temu przegapiłem jej koncert na AGH promujący trasę koncertową z materiałem z Grandy) i z pewnością nie ostatni. Bez wątpienia można rzecz, że dała czadu. Poza tym wykazała się poczuciem humoru i kulturą osobistą. Nie mam nic do życia prywatnego artystów, ale naprawdę irytuje mnie, kiedy zataczają się na koncertach przed tłumem ludzi, którzy niejednokrotnie płacą kupę kasy, aby móc posłuchać swojego idola. Na szczęście w przypadku Brodki owy problem nie istnieje - ma ona wielki szacunek do swych fanów. Trzeba też po raz kolejny podkreślić, że ona naprawdę wydoroślała. Oglądając wywiady z nią z czasów Idola można mieć wrażenie, że to wręcz nie ta sama osoba. Wtedy momentami była nie do zniesienia i absolutnie wszystko przysłaniała przesadną pewnością siebie. Naprawdę jestem pełen podziwu dla jej twórczości i mógłbym pisać jeszcze o niej dużo, dużo, dużo więcej, ale nie chcę przynudzać i utwierdzać Was w przekonaniu, że z jej fana zamieniam się powoli (a może już nim jestem?) w fanatyka. Po Brodce na scenie pojawiła się gwiazda koncertu, czyli Modestep. I oto nastała ciemność :D Przynajmniej dla mnie, hahah. Czegoś takiego moje oczy jeszcze nie widziały. Uwierzcie mi, pod samą sceną można było DOSŁOWNIE zginąć. Pogooo na całego! Ja już po pierwszej piosence zdałem sobie sprawę, że to absolutnie nie moje klimaty i właściwie trwałem w tym przekonaniu do samego końca. Muszę się jednak przyznać, że teraz, z perspektywy czasu, cieszę się, że uczestniczyłem w tym wydarzeniu. Rzadko zdarza się widzieć tak wielką grupę ludzi będących w prawdziwym transie. Dubstep rzeczywiście może wprowadzić w taki stan, ale myślę, że trzeba to jakoś w sobie czuć. Ja dopiero po powrocie do domu przyjrzałem się twórczości grupy Modestep i muszę przyznać, że naprawdę mają się czym pochwalić - nie jeden artysta czy zespół marzy o takiej rzeszy fanów. Myślę, że duża w tym zasługa charyzmatycznego wokalisty, który choć nie potrafi wypowiedzieć zdania bez słowa "fucking", to jednak napędza tą całą skomplikowaną machinę, której główną część stanowi właśnie publiczność. Podsumowując, była miazga. Gdybym miał oceniać koncert w skali do 10, dałbym spokojnie 8. Wielkie brawa dla organizatorów za naprawdę doskonałe nagłośnienie. Szkoda tylko, że w odbiorze niejednokrotnie przeszkadzało zachowanie pijanych studentów, no ale przecież warto mieć na uwadze, że przecież całkiem duża część nie była tam z powodu muzyki... Jednoczesne pozdro dla studentów zza granicy (jakiś erasmus?), którzy zdążyli zgłębić tajniki polskiej mowy: "K***a, I have to smoke!" \m/
Dzień drugi okazał się równie zimny co poprzedni :) Oczywiście pod względem pogody, bo atmosfera na kampusie URu była naprawdę gorąca, przynajmniej od momentu, kiedy na scenie pojawił się szeroko znany Letni Chamski Podryw. Chyba nie ma już studenta w Polsce, który nie słyszałby ich największego hitu "czinkłaczento". Jeśli jednak takowy by się znalazł, to wyjaśniam, że zespół tworzy dwójka młodych chłopaków stylizujących się na cwaniaków (ach te złote łańcuchy z Castoramy! :D), którzy dalecy są od zgrywania intelektualistów. Nie, wcale z nich nie szydzę. Taki już ich styl, widać zresztą, że ich samych bardzo to wszystko bawi. Najfajniejsze w tym wszystkim to, że naprawdę potrafią rozbujać publiczność przed sceną. I mimo, że teksty piosenek momentami porażają (a czasami wręcz paraliżują lub co gorsza, wzbudzają zniesmaczenie), fajnie, że są też takie luźne zespoły. Bo nie mówcie, że się świetnie nie bawiliście i że nie zapałaliście do nich sympatią? ;)
Trzeci dzień juwenaliów upłynął mi pod znakiem niezwykle osobliwej domówki. Tego samego dnia odbywał się Wielki Juwenaliowy Korowód, ale ja - tradycyjnie jak co roku - nie wstałem. Kurczę, za rok będę miał ostatnią szansę. Bo trochę lipa żyć z przeświadczeniem, że chociaż raz nie uczestniczyło się w pochodzie, na który większość studentów czeka przez cały rok... No nic, może za rok się zrehabilituję (MOŻE ;)). No ale wracając do domówki. Było czadersko - jak wiadomo, w czaderskim gronie czas szybko mija. Impreza ta jednak uświadomiła mi, jak wszyscy moi znajomi bardzo zmienili się od 1. roku studiów. Pewnie, wciąż gadamy jeszcze o "dupie Maryny", ale między wierszami daje się wyczuć już ta dojrzałość. Coraz śmielsze, odważniejsze, po prostu czysto dorosłe tematy. Boże, naprawdę z nas już takie stare zgredy? "No chyba Tyyyy" ;)
Dzień czwarty. Sobota okazała się przełomem pod względem pogody. Tak, zza chmurek wreszcie wyjrzało słońce. Bardzo gorące słońce. Idealna pogoda na wernisaż - przecież w Krakowie mamy miesiąc fotografii! I mimo, że wernisaż pozostawił we mnie wielki niedosyt (naprawdę byłem spragniony kultury wyższej po koncercie Letniego Chamskiego...!), dzień okazał się znakomity. Całkiem ciekawie znaleźć się w grupie pasjonatów, niejednokrotnie "pseudoartystów" - tak łatwo można ich dostrzec na tle "zwykłych" ludzi. A ja tak bardzo lubię różność, inność. Wernisaż skończył się luźnym posiedzeniem na rynku i jeszcze luźniejszym przyglądaniem się leniwie spacerującym ludziom. Czy może być coś przyjemniejszego? Nie wspominając już o tym, że przez całe południe ostro sprzątałem pokój :) Żyć, nie umierać :) (i wcale nie liczę w tej kwestii na zrozumienie! :P w kwestii sprzątania, znaczy się :P).
Dzień piąty. Niedziela była równie ciekawa. Przyjazd rodzinki w odwiedziny (doliczcie też przyjazd jedzenia) potrafi naprawdę naładować pozytywną atmosferą. Zwłaszcza, kiedy ma się tak fajną rodzinkę jak moja :) Pogoda dopisała w 100% i Kraków w całej krasie pokazał swe uroki. Boże, jak ja kocham to miasto i jego najdziwniejsze zakątki. Ten wiecznie zatłoczony rynek. Mijanych, kolorowych ludzi. Hejnaaaał. Smoooka. Suma sumarum, było fantastycznie.
A dnia szóstego i siódmego wcale nie odpoczywałem, bo nie było po czym :P
Przejdźmy do TV, a mianowicie do X-factora. Czy w Was też ten program wzbudza coraz więcej emocji? Naprawdę dawno nie było nigdzie zbieraniny tak bardzo utalentowanych ludzi. Tam już nie ma kogo wyrzucać! W ostatnim odcinku pożegnaliśmy Soul City. Zespół jest na naprawdę wysokim poziomie, ale rzeczywiście trzeba przyznać, że z pozostałych wokalistów byli najsłabsi. Nieoczekiwanym czarnym koniem okazuje się być zespół The Chance. Ja skreśliłem dziewczyny na samym początku i przyznaję się do błędu. Naprawdę widać, jak wiele pracy wkładają w kolejne wykonania (ich Sic Hey był genialny!). Przewiduję, że w najbliższym odcinku to właśnie dziewczyny pożegnamy. Trzeba jednak przyznać, że udowodniły, iż zasługują nawet na miejsce w finale. Moim faworytem wciąż pozostaje Marcin Spenner, który nie przestaje czarować głosem. Bardzo trzymam za niego kciuki i liczę, że uda mu się wygrać, a nawet jeśli nie, to wierzę, że nagra naprawdę dobrą płytę z balladami (taki polski Bryan Adams?). Smutne i porażające jest natomiast to, co zrobił Wojewódzki. Też oglądaliście jego wczorajszy program? Zaprosił "przewidywaną" trójkę finalistów w celu wypromowania. Tak naprawdę swym zachowaniem i głupimi tekstami tylko ich ośmieszył. Co więcej, postawił ich w niezwykle niezręcznej sytuacji. To chore, jak bardzo "wazeliniarska" okazała się dla niego cała trójka. No ale co mieli zrobić, skoro to właśnie on jest jednym z tych, którzy zdecydują, czy znajdą się w ostatecznym finale? Oglądałem wczoraj jego program już nie tylko ze względu na uczestników, których bardzo lubię. Poraziło mnie, jak on żerował na ich nieśmiałości, skromności i braku obycia w telewizji. Najbardziej "telewizyjna" bez wątpienia jest Ewelina, której życzę dużej kariery, bo naprawdę widać, jak bardzo się stara, aby każdy z jej kolejnych występów był coraz lepszy. Dawid Podsiadło bez wątpienia ma ogromny talent, ale ta jego "dziwność" coraz mniej do mnie przemawia i zdaje się być chwytem marketingowym. No i jest jeszcze Spenner - wciąż zagubiony i tak przerażająco nieśmiały. Naprawdę jestem ciekawy, kto wygra tę edycję :) Pod względem wokalnym, absolutnie każdy na to zasługuje.
Polecam wszystkim najnowszego Newsweeka, w którym znajduje się seria bardzo ciekawych artykułów o polskim antysemityzmie. Niektóre wbijają w krzesło i uświadamiają, jak bardzo wciąż mali jako ludzie i jako Polacy jesteśmy. A przecież 21 wiek! Przecież kosmopolityzm i jedność narodów! Ja po przeczytaniu mogę zapewnić, że od teraz długo wcześniej się zastanowię, niż opowiem kawał o Żydach, chociaż muszę przyznać, że one nigdy jakoś szczególnie mnie nie bawiły.
A na koniec najnowszy singiel Brodki, który już robi furorę :)
Tradycyjnie proszę o chociaż kilka komentarzy :)

