środa, 23 maja 2012

Miszmaszowy miszmasz, czyli o pięciu niezwykle kolorowych dniach...


     Kolejne krakowskie (i nie tylko krakowskie!) juwenalia przeszły do historii. Czy było szczególnie, wyjątkowo? Z pewnością. Myślę, że każda impreza potrafi być tą szczególną i wartą zapamiętania, jeśli tylko uda się wykrzesać z niej to, co co najsmaczniejsze. Wówczas nawet wiatr, nawet ciemne chmury, posępna pogoda, spierzchnięte usta i obolałe gardło schodzą na drugi plan. I jeśli tylko się chce, można samemu sprawić, że zza horyzontu wyłoni się kilka naprawdę przyjemnych promieni słońca :)
     Ja swoje juwenalia rozpocząłem w środę koncertem na UEku. Niestety, pogoda nie rozpieszczała i właściwie z każdą minutą stawało się coraz zimniej. Nawet to nie przeszkodziło mi jednak w skosztowaniu czysto juwenaliowego piwa - no przecież ta impreza zdarza się tylko raz do roku, a bycie studentem do czegoś zobowiązuje! Nauczyciele mają swój dzień, górnicy, mamy, dziadkowie, pocałunki, stringi (sic!), nawet psy i koty! Dlaczego więc studenci mieliby się ograniczać i to wtedy, kiedy sam prezydent miasta oddaje im klucze do swego królestwa? Należy oczywiście w tym wszystkim pominąć fakt, że niejednokrotnie studenci zachowują się gorzej niż wspomniane wcześniej psy i koty... No ale przechodząc do konkretów. Studentów przywitał niejaki Junior (a może Dżunior? - tego nie wiedzieli nawet prowadzący...) Stress, czyli zespół mi, bardziej lub mniej, nieznany. Było znośnie, a nawet momentami śmiesznie i wesoło, ale nie wierzę, że ktokolwiek z przybyłych zjawił się właśnie z powodu koncertu tejże bandy. Tuż po nich, bez zbędnego spóźnienia tak bardzo charakterystycznego dla gwiazd jej formatu, na scenie pojawiła się Monika Brodka :) A mi od razu roześmiała się japa :D Bo w taki właśnie stan wprawia mnie jej muzyka. Trzeba przyznać, że nie było zaskakująco - oglądałem chyba wszystkie koncerty Brodki "na żywo" na youtube, więc znałem wręcz na pamięć kolejność poszczególnych śpiewanych przez nią piosenek. Co więcej, nawet numery specjalne nie były zaskoczeniem. Nie mniej jednak był to mój pierwszy koncert Moniki (przez cały rok nie mogłem sobie darować, że równo 365 dni temu przegapiłem jej koncert na AGH promujący trasę koncertową z materiałem z Grandy) i z pewnością nie ostatni. Bez wątpienia można rzecz, że dała czadu. Poza tym wykazała się poczuciem humoru i kulturą osobistą. Nie mam nic do życia prywatnego artystów, ale naprawdę irytuje mnie, kiedy zataczają się na koncertach przed tłumem ludzi, którzy niejednokrotnie płacą kupę kasy, aby móc posłuchać swojego idola. Na szczęście w przypadku Brodki owy problem nie istnieje - ma ona wielki szacunek do swych fanów. Trzeba też po raz kolejny podkreślić, że ona naprawdę wydoroślała. Oglądając wywiady z nią z czasów Idola można mieć wrażenie, że to wręcz nie ta sama osoba. Wtedy momentami była nie do zniesienia i absolutnie wszystko przysłaniała przesadną pewnością siebie. Naprawdę jestem pełen podziwu dla jej twórczości i mógłbym pisać jeszcze o niej dużo, dużo, dużo więcej, ale nie chcę przynudzać i utwierdzać Was w przekonaniu, że z jej fana zamieniam się powoli (a może już nim jestem?) w fanatyka. Po Brodce na scenie pojawiła się gwiazda koncertu, czyli Modestep. I oto nastała ciemność :D Przynajmniej dla mnie, hahah. Czegoś takiego moje oczy jeszcze nie widziały. Uwierzcie mi, pod samą sceną można było DOSŁOWNIE zginąć. Pogooo na całego! Ja już po pierwszej piosence zdałem sobie sprawę, że to absolutnie nie moje klimaty i właściwie trwałem w tym przekonaniu do samego końca. Muszę się jednak przyznać, że teraz, z perspektywy czasu, cieszę się, że uczestniczyłem w tym wydarzeniu. Rzadko zdarza się widzieć tak wielką grupę ludzi będących w prawdziwym transie. Dubstep rzeczywiście może wprowadzić w taki stan, ale myślę, że trzeba to jakoś w sobie czuć. Ja dopiero po powrocie do domu przyjrzałem się twórczości grupy Modestep i muszę przyznać, że naprawdę mają się czym pochwalić - nie jeden artysta czy zespół marzy o takiej rzeszy fanów. Myślę, że duża w tym zasługa charyzmatycznego wokalisty, który choć nie potrafi wypowiedzieć zdania bez słowa "fucking", to jednak napędza tą całą skomplikowaną machinę, której główną część stanowi właśnie publiczność. Podsumowując, była miazga. Gdybym miał oceniać koncert w skali do 10, dałbym spokojnie 8. Wielkie brawa dla organizatorów za naprawdę doskonałe nagłośnienie. Szkoda tylko, że w odbiorze niejednokrotnie przeszkadzało zachowanie pijanych studentów, no ale przecież warto mieć na uwadze, że przecież całkiem duża część nie była tam z powodu muzyki... Jednoczesne pozdro dla studentów zza granicy (jakiś erasmus?), którzy zdążyli zgłębić tajniki polskiej mowy: "K***a, I have to smoke!" \m/
     Dzień drugi okazał się równie zimny co poprzedni :) Oczywiście pod względem pogody, bo atmosfera na kampusie URu była naprawdę gorąca, przynajmniej od momentu, kiedy na scenie pojawił się szeroko znany Letni Chamski Podryw. Chyba nie ma już studenta w Polsce, który nie słyszałby ich największego hitu "czinkłaczento". Jeśli jednak takowy by się znalazł, to wyjaśniam, że zespół tworzy dwójka młodych chłopaków stylizujących się na cwaniaków (ach te złote łańcuchy z Castoramy! :D), którzy dalecy są od zgrywania intelektualistów. Nie, wcale z nich nie szydzę. Taki już ich styl, widać zresztą, że ich samych bardzo to wszystko bawi. Najfajniejsze w tym wszystkim to, że naprawdę potrafią rozbujać publiczność przed sceną. I mimo, że teksty piosenek momentami porażają (a czasami wręcz paraliżują lub co gorsza, wzbudzają zniesmaczenie), fajnie, że są też takie luźne zespoły. Bo nie mówcie, że się świetnie nie bawiliście i że nie zapałaliście do nich sympatią? ;)
     Trzeci dzień juwenaliów upłynął mi pod znakiem niezwykle osobliwej domówki. Tego samego dnia odbywał się Wielki Juwenaliowy Korowód, ale ja - tradycyjnie jak co roku - nie wstałem. Kurczę, za rok będę miał ostatnią szansę. Bo trochę lipa żyć z przeświadczeniem, że chociaż raz nie uczestniczyło się w pochodzie, na który większość studentów czeka przez cały rok... No nic, może za rok się zrehabilituję (MOŻE ;)). No ale wracając do domówki. Było czadersko - jak wiadomo, w czaderskim gronie czas szybko mija. Impreza ta jednak uświadomiła mi, jak wszyscy moi znajomi bardzo zmienili się od 1. roku studiów. Pewnie, wciąż gadamy jeszcze o "dupie Maryny", ale między wierszami daje się wyczuć już ta dojrzałość. Coraz śmielsze, odważniejsze, po prostu czysto dorosłe tematy. Boże, naprawdę z nas już takie stare zgredy? "No chyba Tyyyy" ;)
     Dzień czwarty. Sobota okazała się przełomem pod względem pogody. Tak, zza chmurek wreszcie wyjrzało słońce. Bardzo gorące słońce. Idealna pogoda na wernisaż - przecież w Krakowie mamy miesiąc fotografii! I mimo, że wernisaż pozostawił we mnie wielki niedosyt (naprawdę byłem spragniony kultury wyższej po koncercie Letniego Chamskiego...!), dzień okazał się znakomity. Całkiem ciekawie znaleźć się w grupie pasjonatów, niejednokrotnie "pseudoartystów" - tak łatwo można ich dostrzec na tle "zwykłych" ludzi. A ja tak bardzo lubię różność, inność. Wernisaż skończył się luźnym posiedzeniem na rynku i jeszcze luźniejszym przyglądaniem się leniwie spacerującym ludziom. Czy może być coś przyjemniejszego? Nie wspominając już o tym, że przez całe południe ostro sprzątałem pokój :) Żyć, nie umierać :) (i wcale nie liczę w tej kwestii na zrozumienie! :P w kwestii sprzątania, znaczy się :P).
     Dzień piąty. Niedziela była równie ciekawa. Przyjazd rodzinki w odwiedziny (doliczcie też przyjazd jedzenia) potrafi naprawdę naładować pozytywną atmosferą. Zwłaszcza, kiedy ma się tak fajną rodzinkę jak moja :) Pogoda dopisała w 100% i Kraków w całej krasie pokazał swe uroki. Boże, jak ja kocham to miasto i jego najdziwniejsze zakątki. Ten wiecznie zatłoczony rynek. Mijanych, kolorowych ludzi. Hejnaaaał. Smoooka. Suma sumarum, było fantastycznie.
     A dnia szóstego i siódmego wcale nie odpoczywałem, bo nie było po czym :P
     Przejdźmy do TV, a mianowicie do X-factora. Czy w Was też ten program wzbudza coraz więcej emocji? Naprawdę dawno nie było nigdzie zbieraniny tak bardzo utalentowanych ludzi. Tam już nie ma kogo wyrzucać! W ostatnim odcinku pożegnaliśmy Soul City. Zespół jest na naprawdę wysokim poziomie, ale rzeczywiście trzeba przyznać, że z pozostałych wokalistów byli najsłabsi. Nieoczekiwanym czarnym koniem okazuje się być zespół The Chance. Ja skreśliłem dziewczyny na samym początku i przyznaję się do błędu. Naprawdę widać, jak wiele pracy wkładają w kolejne wykonania (ich Sic Hey był genialny!). Przewiduję, że w najbliższym odcinku to właśnie dziewczyny pożegnamy. Trzeba jednak przyznać, że udowodniły, iż zasługują nawet na miejsce w finale. Moim faworytem wciąż pozostaje Marcin Spenner, który nie przestaje czarować głosem. Bardzo trzymam za niego kciuki i liczę, że uda mu się wygrać, a nawet jeśli nie, to wierzę, że nagra naprawdę dobrą płytę z balladami (taki polski Bryan Adams?). Smutne i porażające jest natomiast to, co zrobił Wojewódzki. Też oglądaliście jego wczorajszy program? Zaprosił "przewidywaną" trójkę finalistów w celu wypromowania. Tak naprawdę swym zachowaniem i głupimi tekstami tylko ich ośmieszył. Co więcej, postawił ich w niezwykle niezręcznej sytuacji. To chore, jak bardzo "wazeliniarska" okazała się dla niego cała trójka. No ale co mieli zrobić, skoro to właśnie on jest jednym z tych, którzy zdecydują, czy znajdą się w ostatecznym finale? Oglądałem wczoraj jego program już nie tylko ze względu na uczestników, których bardzo lubię. Poraziło mnie, jak on żerował na ich nieśmiałości, skromności i braku obycia w telewizji. Najbardziej "telewizyjna" bez wątpienia jest Ewelina, której życzę dużej kariery, bo naprawdę widać, jak bardzo się stara, aby każdy z jej kolejnych występów był coraz lepszy. Dawid Podsiadło bez wątpienia ma ogromny talent, ale ta jego "dziwność" coraz mniej do mnie przemawia i zdaje się być chwytem marketingowym. No i jest jeszcze Spenner - wciąż zagubiony i tak przerażająco nieśmiały. Naprawdę jestem ciekawy, kto wygra tę edycję :) Pod względem wokalnym, absolutnie każdy na to zasługuje.
     Polecam wszystkim najnowszego Newsweeka, w którym znajduje się seria bardzo ciekawych artykułów o polskim antysemityzmie. Niektóre wbijają w krzesło i uświadamiają, jak bardzo wciąż mali jako ludzie i jako Polacy jesteśmy. A przecież 21 wiek! Przecież kosmopolityzm i jedność narodów! Ja po przeczytaniu mogę zapewnić, że od teraz długo wcześniej się zastanowię, niż opowiem kawał o Żydach, chociaż muszę przyznać, że one nigdy jakoś szczególnie mnie nie bawiły.
     A na koniec najnowszy singiel Brodki, który już robi furorę :)
     Tradycyjnie proszę o chociaż kilka komentarzy :)



 

czwartek, 10 maja 2012

Kilka obrazków z życia wziętych, czyli "nie oceniaj książki po okładce"...


     Nie pisałem już prawie przez miesiąc, ale to nie tylko z nakładu obowiązków (pfff, 9-dniowy weekend majowy), ale przede wszystkim dlatego, że udzieliła mi się już ta wiosenna atmosfera ;) W końcu komu chce się siedzieć przy komputerze, kiedy za oknem powyżej 20 stopni. No ale z racji na moją chwilową niedyspozycję spowodowaną głupią chorobą, postanowiłem w końcu coś naskrobać. 
     Ludzie wciąż nie przestają mnie zadziwiać. Nie chodzi mi tylko i wyłącznie o tych najbliższych (których ostatnio notabene coraz częściej po prostu nie rozumiem, niestety), ale przede wszystkim o tych mniej znanych, a właściwie nieznanych, którzy potrafią naprawdę miło zaskoczyć. To właśnie oni potrafią mi przywrócić wiarę w drugiego człowieka w tych głupich czasach fałszu, obłudy, nieszczerości i zakłamania. Bo takie niestety mamy teraz czasy. Smutne, że niektórym tak ciężko przychodzi chociażby pomyśleć o szczerej rozmowie, która może wiele wyjaśnić. A może jednak czasem warto zmusić się do niewymuszonego rachunku własnego sumienia i przełamać się? Zrobić coś wbrew samemu sobie, ale tak naprawdę dla samego siebie. W przeciwnym wypadku można stracić coś naprawdę fajnego... Jedna z moich najbliższych przyjaciółek powiedziała mi kiedyś, że "lepiej martwić się, że coś się zrobiło, niż potem do końca życia żałować, że się tego nie zrobiło i zastanawiać się, co by było gdyby...". Naprawdę prawdziwe słowa. Zastanówcie się przez chwilę i jeszcze raz przeczytajcie te słowa - z pewnością odnoszą się one do niejednej sytuacji życiowej każdego z Was... No ale przechodząc do sedna - chciałem przedstawić dwa obrazki z życia wzięte, jakich ostatnio byłem świadkiem. Najpiękniejsze w nich jest właśnie to, jak w jednej chwili pojedyncze sceny czy słowa potrafią zmienić zdanie o człowieku...

Dworzec PKP, Kraków. W oczekiwaniu na swój pociąg byłem świadkiem burzliwej rozmowy ojca z synem. Syn był ogolony na łyso, był cały wytatuowany, nosił "workowate" ciuchy, a jego masa mięśniowa nie była gorsza od tej Hardkorowego Koksa. Miał około 27-30 lat. No wyglądał żywcem jak z kryminału. Poza tym spluwał często gęsto przed siebie zupełnie lekceważąc urażenie siedzącej nieopodal i zaczytanej w jakiejś gazecie starszej pani. Rozmowa była na tyle burzliwa, że nie dało się nie słyszeć jej przebiegu. Syn kłócił się z ojcem o to, jak ciężko w dzisiejszych czasach znaleźć pracę. Nie mógł zrozumieć, dlaczego dla innych tak bardzo liczy się wygląd drugiego człowieka i dlaczego nie zwraca się uwagi na takie aspekty, jak jego wnętrze czy umiejętności. Pomijając to, że co drugie słowo padał miły przecinek w postaci słowa na "k", chciałbym naprawdę móc w pełni przytoczyć jego słowa, bo naprawdę kryło się w nich mnóstwo prawdy. Jego rozgoryczenie było naprawdę ogromne, ale dla wszystkich będących świadkami tej sceny ludzi wciąż niezrozumiałe. Również ja pomyślałem sobie, że to scenka odgrywana przez pijącego i wdającego się w bójki marnotrawnego syna przed ojcem, który naprawdę patrzył na niego z ogromnym zainteresowaniem i jednoczesną bezradnością. I właśnie w tym momencie do naszego pakera podeszła dziewczyna w wieku około 25 lat trzymająca na ręku malutkie i całe zabandażowane dzieciątko. Dziewczynka, a właściwie "Klaudusia" miała może ze 2 latka i miała chyba najpiękniejsze oczka, jakie zdarzyło mi się widzieć. Paker natychmiast wziął dzieciątko w swoje ramiona i zaczął się z nim bawić, a jej radość na widok ojca była po prostu nie do opisania. Momentalnie zniknęła jego złość, rozgoryczenie i litania słów na "k". Śmiech Klaudii był tak szczery i niewymuszony, że wszyscy stojący nieopodal śmiali się razem z nią. Pomimo tego, że dziewczynka była cała w ranach od najprawdopodobniej jakiegoś poparzenia i pomimo tego, że czekało ją jeszcze mnóstwo wizyt, a być może i ciężkich operacji, cieszyła się swym życiem. Wszystko w jednej sekundzie się zmieniło. Wraz z otaczającymi tą nietypową rodzinkę ludźmi domyśliłem się, na co Paker tak bardzo potrzebował pieniędzy. I poczułem równoczesną odrazę do tych ludzi, którzy wciąż odmawiali mu posady o pracę ze względu na jego wygląd "oprycha". Jednocześnie poczułem ogromny wstyd za samego siebie, że także przez chwilę wyciągnąłem błędne i pochopne wnioski co do niego...

Niedziela, pociąg "Żeromski" Warszawa Wschodnia - Kraków Płaszów. Czy Wam też zdarzyło się kiedyś, że mieliście naprawdę serdecznie dosyć GŁOŚNO rozmawiających ludzi znajdujących się w Waszym otoczeniu? Przy czym zaznaczam, że nie chodzi mi o rozmawiających ludzi, tylko o ludzi, którzy pragną, aby słyszał ich cały przedział, wagon, pociąg... Coś podobnego przeżyłem ostatnio właśnie w trakcie swej podróży do Krakowa, podczas to której dwóch studentów politechniki zadbało o to, abym nie mógł słyszeć nawet własnych myśli. Ich fascynującym rozmowom na temat silników hybrydowych i pomysłów na to, jak rozwiązać problem paliw ("wyobraź sobie! przepuścimy wodę przez żarzący się koks i po problemie! tylko czy ludzie będą chcieli jeździć na CO...") nie było końca... Abstrahując już od prawidłowości tych ich wszystkich wywodów byłem najzwyczajniej w świecie wściekły. I nie ja jedyny. Siedzący w ich pobliżu ludzie swym wzrokiem wręcz błagali ich, aby zniżyli ton głosu chociaż o połowę. Dopiero po jakichś dwudziestu paru minutach dało się wywnioskować, że byli to dwaj bracia. Prawdziwi technicy, fascynaci fizyki, umysły ścisłe, zamiłowani naukowcy. I choć ich pasja i wiedza były warte podziwu, ton ich głosu naprawdę irytował. W pewnym momencie jeden z panów nie wytrzymał i po prostu poprosił ich, aby rozmawiali nieco ciszej, na co oni grzecznie przeprosili. Niestety, wciąż nie zmienili swego zachowania. I dopiero tuż przed wjazdem do Krakowa zauważyłem, że obydwaj noszą aparaty słuchowe. Co więcej, nagle zrozumiałem, o co im chodziło, kiedy zastanawiali się, który ze swych "wynalazków" mogliby zgłosić do jakiegoś tam konkursu, w którym nagrodą było 10 000 zł. Właśnie sprawa owego konkursu stała się dla nich tematem numer 1 i wspominany wcześniej pan, nie mogąc opanować swych nerwów, dał upust swym emocjom pytając ich, dlaczego nie mogą uszanować innych i dlaczego troszczą się o to, aby wszyscy słyszeli ich rozmowę. I choć młodszy z braci spuścił głowę w dół, drugi spojrzał mu głęboko w oczy i oznajmił, że niestety nie mogą inaczej ze sobą rozmawiać, bo najzwyczajniej w świecie by siebie nie słyszeli. A rozmawiają o tym, bo tylko dzięki wygranej w takim konkursie mogą mieć szansę na operację uszu, zapobiegnięcie całkowitej utracie słuchu i tym samym szansę na normalne życie wśród innych normalnych ludzi. Momentalnie nastała głucha cisza. Starszy pan nic nie odpowiedział, może dlatego, że byliśmy już w Krakowie. Ja natomiast jeszcze przez chwilę im się przyglądałem. Obydwaj do końca drogi już milczeli, młodszy miał nad swymi drżącymi ustami krople potu. Aż cisnęło mi się na usta, aby im powiedzieć, że mogą rozmawiać ile tylko chcą. I kładąc się wieczorem do łóżka naprawdę życzyłem im powodzenia. Liczę, że któregoś dnia przeczytam o ich wygranej na Onecie :) Niech sobie rozmawiają o tych silnikach ile chcą, gdzie chcą i jak chcą...

     To tylko dwa przykłady, które mogą wydawać Wam się głupie czy banalne. Ale ja tak już mam, że w takich momentach odzywa się we mnie mój wewnętrzny altruizm. Jednocześnie dociera do mnie, jak wielkie mam szczęście, że ja i moi najbliżsi jesteśmy zdrowi. Ostatnio czytałem bardzo dobry wywiad z Jerzym Stuhrem, który opowiadał o tym, jak po przebytej chorobie nowotworowej na nowo nauczył się żyć i spoglądać na wszystko wokół. Podobne słowa padły kiedyś z ust Nergala, który mówił, że po wyjściu ze szpitala nic nie cieszyło go bardziej niż możliwość posiedzenia na ławce w jednym z wrocławskich parków i uczucie ciepła od padających promieni słońca. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Aby cieszyć się życiem, zdrowiem, doceniać to, co się ma. I aby nigdy, przenigdy nie oceniać pochopnie nieznanych nam ludzi. Bo wierzcie lub nie, ale niejednokrotnie Ci, którzy najbardziej nas irytują czy odrażają swym zachowaniem czy wyglądem, przeżywają naprawdę ciężkie chwile.
     Ależ mi wyszło patetycznie! No ale taka najwidoczniej dzisiaj aura :) Na koniec tradycyjnie kilka słów o mediach i kulturze. Mało ostatnio oglądałem, bo po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze :D Nie mniej jednak wciąż sumiennie śledzę X-Factora. Bardzo mocno kibicuję Marcinowi Spennerowi, który niezmiennie jest moim faworytem od samego początku. Do grona moich ulubieńców dołączył także Dawid Podsiadło - super głos i super osobowość. Nie podobała mi się akcja w ostatnim odcinku związana z wyrzuceniem Bajki i mam nadzieję, że takich taktycznych akcji ze strony Wojewódzkiego będzie jak najmniej. Z ostatnich czytanych artykułów gorąco polecam wywiad Żakowskiego z Dodą "o Polsce". Obydwoje mega odrealnieni, ale jednocześnie mega realni. Można Dodę kochać lub nienawidzić, ale w tym wywiadzie naprawdę pokazała nowe oblicze. Imho, zmiażdżyła Żakowskiego. Wywiad ten spodobał mi się na tyle, że mógłby być tematem na osobną notkę, ale nie chcę jej całej poświęcać Dodzie :P Cóż, radzę poczytać, a zapewniam, że naprawdę odkryjecie w słowach Dody dużo prawdy. Mi, podobnie jak wielu krytykom muzycznym, materiał z jej ostatniej płyty się podobał (no poza tym elfickim badziewiem i braku ładu-składu w całości) i chciałbym, aby jej kolejne utwory były utrzymane w podobnym klimacie. Warto ją docenić za to, że wciąż się stara (bardzo drogie teledyski na wysokim poziomie). No i pamiętajcie, że jest jaka jest, bo taki to już ten jej marketing ;)
     Kolejna notka już po juwenaliach. A na koniec wklejam piosenkę, która po pierwszym przesłuchaniu spodobała mi się tylko troszeczkę, a teraz nie mogę się bez niej obejść ;)


ps: bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa pod poprzednimi notkami! :) komentujcie!