Nie pisałem już prawie przez miesiąc, ale to nie tylko z nakładu obowiązków (pfff, 9-dniowy weekend majowy), ale przede wszystkim dlatego, że udzieliła mi się już ta wiosenna atmosfera ;) W końcu komu chce się siedzieć przy komputerze, kiedy za oknem powyżej 20 stopni. No ale z racji na moją chwilową niedyspozycję spowodowaną głupią chorobą, postanowiłem w końcu coś naskrobać.
Ludzie wciąż nie przestają mnie zadziwiać. Nie chodzi mi tylko i wyłącznie o tych najbliższych (których ostatnio notabene coraz częściej po prostu nie rozumiem, niestety), ale przede wszystkim o tych mniej znanych, a właściwie nieznanych, którzy potrafią naprawdę miło zaskoczyć. To właśnie oni potrafią mi przywrócić wiarę w drugiego człowieka w tych głupich czasach fałszu, obłudy, nieszczerości i zakłamania. Bo takie niestety mamy teraz czasy. Smutne, że niektórym tak ciężko przychodzi chociażby pomyśleć o szczerej rozmowie, która może wiele wyjaśnić. A może jednak czasem warto zmusić się do niewymuszonego rachunku własnego sumienia i przełamać się? Zrobić coś wbrew samemu sobie, ale tak naprawdę dla samego siebie. W przeciwnym wypadku można stracić coś naprawdę fajnego... Jedna z moich najbliższych przyjaciółek powiedziała mi kiedyś, że "lepiej martwić się, że coś się zrobiło, niż potem do końca życia żałować, że się tego nie zrobiło i zastanawiać się, co by było gdyby...". Naprawdę prawdziwe słowa. Zastanówcie się przez chwilę i jeszcze raz przeczytajcie te słowa - z pewnością odnoszą się one do niejednej sytuacji życiowej każdego z Was... No ale przechodząc do sedna - chciałem przedstawić dwa obrazki z życia wzięte, jakich ostatnio byłem świadkiem. Najpiękniejsze w nich jest właśnie to, jak w jednej chwili pojedyncze sceny czy słowa potrafią zmienić zdanie o człowieku...
Dworzec PKP, Kraków. W oczekiwaniu na swój pociąg byłem świadkiem burzliwej rozmowy ojca z synem. Syn był ogolony na łyso, był cały wytatuowany, nosił "workowate" ciuchy, a jego masa mięśniowa nie była gorsza od tej Hardkorowego Koksa. Miał około 27-30 lat. No wyglądał żywcem jak z kryminału. Poza tym spluwał często gęsto przed siebie zupełnie lekceważąc urażenie siedzącej nieopodal i zaczytanej w jakiejś gazecie starszej pani. Rozmowa była na tyle burzliwa, że nie dało się nie słyszeć jej przebiegu. Syn kłócił się z ojcem o to, jak ciężko w dzisiejszych czasach znaleźć pracę. Nie mógł zrozumieć, dlaczego dla innych tak bardzo liczy się wygląd drugiego człowieka i dlaczego nie zwraca się uwagi na takie aspekty, jak jego wnętrze czy umiejętności. Pomijając to, że co drugie słowo padał miły przecinek w postaci słowa na "k", chciałbym naprawdę móc w pełni przytoczyć jego słowa, bo naprawdę kryło się w nich mnóstwo prawdy. Jego rozgoryczenie było naprawdę ogromne, ale dla wszystkich będących świadkami tej sceny ludzi wciąż niezrozumiałe. Również ja pomyślałem sobie, że to scenka odgrywana przez pijącego i wdającego się w bójki marnotrawnego syna przed ojcem, który naprawdę patrzył na niego z ogromnym zainteresowaniem i jednoczesną bezradnością. I właśnie w tym momencie do naszego pakera podeszła dziewczyna w wieku około 25 lat trzymająca na ręku malutkie i całe zabandażowane dzieciątko. Dziewczynka, a właściwie "Klaudusia" miała może ze 2 latka i miała chyba najpiękniejsze oczka, jakie zdarzyło mi się widzieć. Paker natychmiast wziął dzieciątko w swoje ramiona i zaczął się z nim bawić, a jej radość na widok ojca była po prostu nie do opisania. Momentalnie zniknęła jego złość, rozgoryczenie i litania słów na "k". Śmiech Klaudii był tak szczery i niewymuszony, że wszyscy stojący nieopodal śmiali się razem z nią. Pomimo tego, że dziewczynka była cała w ranach od najprawdopodobniej jakiegoś poparzenia i pomimo tego, że czekało ją jeszcze mnóstwo wizyt, a być może i ciężkich operacji, cieszyła się swym życiem. Wszystko w jednej sekundzie się zmieniło. Wraz z otaczającymi tą nietypową rodzinkę ludźmi domyśliłem się, na co Paker tak bardzo potrzebował pieniędzy. I poczułem równoczesną odrazę do tych ludzi, którzy wciąż odmawiali mu posady o pracę ze względu na jego wygląd "oprycha". Jednocześnie poczułem ogromny wstyd za samego siebie, że także przez chwilę wyciągnąłem błędne i pochopne wnioski co do niego...
Niedziela, pociąg "Żeromski" Warszawa Wschodnia - Kraków Płaszów. Czy Wam też zdarzyło się kiedyś, że mieliście naprawdę serdecznie dosyć GŁOŚNO rozmawiających ludzi znajdujących się w Waszym otoczeniu? Przy czym zaznaczam, że nie chodzi mi o rozmawiających ludzi, tylko o ludzi, którzy pragną, aby słyszał ich cały przedział, wagon, pociąg... Coś podobnego przeżyłem ostatnio właśnie w trakcie swej podróży do Krakowa, podczas to której dwóch studentów politechniki zadbało o to, abym nie mógł słyszeć nawet własnych myśli. Ich fascynującym rozmowom na temat silników hybrydowych i pomysłów na to, jak rozwiązać problem paliw ("wyobraź sobie! przepuścimy wodę przez żarzący się koks i po problemie! tylko czy ludzie będą chcieli jeździć na CO...") nie było końca... Abstrahując już od prawidłowości tych ich wszystkich wywodów byłem najzwyczajniej w świecie wściekły. I nie ja jedyny. Siedzący w ich pobliżu ludzie swym wzrokiem wręcz błagali ich, aby zniżyli ton głosu chociaż o połowę. Dopiero po jakichś dwudziestu paru minutach dało się wywnioskować, że byli to dwaj bracia. Prawdziwi technicy, fascynaci fizyki, umysły ścisłe, zamiłowani naukowcy. I choć ich pasja i wiedza były warte podziwu, ton ich głosu naprawdę irytował. W pewnym momencie jeden z panów nie wytrzymał i po prostu poprosił ich, aby rozmawiali nieco ciszej, na co oni grzecznie przeprosili. Niestety, wciąż nie zmienili swego zachowania. I dopiero tuż przed wjazdem do Krakowa zauważyłem, że obydwaj noszą aparaty słuchowe. Co więcej, nagle zrozumiałem, o co im chodziło, kiedy zastanawiali się, który ze swych "wynalazków" mogliby zgłosić do jakiegoś tam konkursu, w którym nagrodą było 10 000 zł. Właśnie sprawa owego konkursu stała się dla nich tematem numer 1 i wspominany wcześniej pan, nie mogąc opanować swych nerwów, dał upust swym emocjom pytając ich, dlaczego nie mogą uszanować innych i dlaczego troszczą się o to, aby wszyscy słyszeli ich rozmowę. I choć młodszy z braci spuścił głowę w dół, drugi spojrzał mu głęboko w oczy i oznajmił, że niestety nie mogą inaczej ze sobą rozmawiać, bo najzwyczajniej w świecie by siebie nie słyszeli. A rozmawiają o tym, bo tylko dzięki wygranej w takim konkursie mogą mieć szansę na operację uszu, zapobiegnięcie całkowitej utracie słuchu i tym samym szansę na normalne życie wśród innych normalnych ludzi. Momentalnie nastała głucha cisza. Starszy pan nic nie odpowiedział, może dlatego, że byliśmy już w Krakowie. Ja natomiast jeszcze przez chwilę im się przyglądałem. Obydwaj do końca drogi już milczeli, młodszy miał nad swymi drżącymi ustami krople potu. Aż cisnęło mi się na usta, aby im powiedzieć, że mogą rozmawiać ile tylko chcą. I kładąc się wieczorem do łóżka naprawdę życzyłem im powodzenia. Liczę, że któregoś dnia przeczytam o ich wygranej na Onecie :) Niech sobie rozmawiają o tych silnikach ile chcą, gdzie chcą i jak chcą...
To tylko dwa przykłady, które mogą wydawać Wam się głupie czy banalne. Ale ja tak już mam, że w takich momentach odzywa się we mnie mój wewnętrzny altruizm. Jednocześnie dociera do mnie, jak wielkie mam szczęście, że ja i moi najbliżsi jesteśmy zdrowi. Ostatnio czytałem bardzo dobry wywiad z Jerzym Stuhrem, który opowiadał o tym, jak po przebytej chorobie nowotworowej na nowo nauczył się żyć i spoglądać na wszystko wokół. Podobne słowa padły kiedyś z ust Nergala, który mówił, że po wyjściu ze szpitala nic nie cieszyło go bardziej niż możliwość posiedzenia na ławce w jednym z wrocławskich parków i uczucie ciepła od padających promieni słońca. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Aby cieszyć się życiem, zdrowiem, doceniać to, co się ma. I aby nigdy, przenigdy nie oceniać pochopnie nieznanych nam ludzi. Bo wierzcie lub nie, ale niejednokrotnie Ci, którzy najbardziej nas irytują czy odrażają swym zachowaniem czy wyglądem, przeżywają naprawdę ciężkie chwile.
Ależ mi wyszło patetycznie! No ale taka najwidoczniej dzisiaj aura :) Na koniec tradycyjnie kilka słów o mediach i kulturze. Mało ostatnio oglądałem, bo po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze :D Nie mniej jednak wciąż sumiennie śledzę X-Factora. Bardzo mocno kibicuję Marcinowi Spennerowi, który niezmiennie jest moim faworytem od samego początku. Do grona moich ulubieńców dołączył także Dawid Podsiadło - super głos i super osobowość. Nie podobała mi się akcja w ostatnim odcinku związana z wyrzuceniem Bajki i mam nadzieję, że takich taktycznych akcji ze strony Wojewódzkiego będzie jak najmniej. Z ostatnich czytanych artykułów gorąco polecam wywiad Żakowskiego z Dodą "o Polsce". Obydwoje mega odrealnieni, ale jednocześnie mega realni. Można Dodę kochać lub nienawidzić, ale w tym wywiadzie naprawdę pokazała nowe oblicze. Imho, zmiażdżyła Żakowskiego. Wywiad ten spodobał mi się na tyle, że mógłby być tematem na osobną notkę, ale nie chcę jej całej poświęcać Dodzie :P Cóż, radzę poczytać, a zapewniam, że naprawdę odkryjecie w słowach Dody dużo prawdy. Mi, podobnie jak wielu krytykom muzycznym, materiał z jej ostatniej płyty się podobał (no poza tym elfickim badziewiem i braku ładu-składu w całości) i chciałbym, aby jej kolejne utwory były utrzymane w podobnym klimacie. Warto ją docenić za to, że wciąż się stara (bardzo drogie teledyski na wysokim poziomie). No i pamiętajcie, że jest jaka jest, bo taki to już ten jej marketing ;)
Kolejna notka już po juwenaliach. A na koniec wklejam piosenkę, która po pierwszym przesłuchaniu spodobała mi się tylko troszeczkę, a teraz nie mogę się bez niej obejść ;)
ps: bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa pod poprzednimi notkami! :) komentujcie!

nie do konca sie zgadzam, nie wolno patrzec na wszystkich przez rozowe okulary, bo mozna sie bardzo przejechac ;//
OdpowiedzUsuńP. pisz więcej i więcej, aż się chce czytać :)
OdpowiedzUsuńi masz rację że nie oceniasz ludzi po pozorach które stwarzają...