niedziela, 25 marca 2012

Co skrywasz i jaki jesteś naprawdę, czyli zabawy w psychologa ciąg dalszy...


     Ostatnio zawładnęła mną psychologia. Naprawdę. I to na całego. Z pewnością jest to wynikiem uczęszczania na niezwykle ciekawe wykłady z tego przedmiotu. Nie raz w swym życiu słyszałem od innych ludzi, że "całkiem dobry ze mnie psycholog", że potrafię być dobrym słuchaczem i służyć dobrą radą. Co więcej, ludzie, ich różnorodność i motywy postępowania od zawsze mnie fascynowały. Kto wie, może minąłem się z powołaniem? Biotechnologia jest równie ciekawa, fascynująca i wciąż niepoznana, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że nigdy do końca nie uda mi się jej okiełznać. A jedną z cech mojego charakteru jest to, że lubię mieć kontrolę nad tym, co robię. Z drugiej strony, zawsze najbardziej interesowało mnie to, co niedostępne, tajemnicze i nieodkryte, czyli dokładnie to, nad czym nie można mieć kontroli. Złośliwa ironia losu. Stąd też moja wielka fascynacja filmami psychologicznymi, a właściwie - wnikając głębiej - tzw. mind-fuck'ami. Nienawidzę, kiedy zakończenie filmu wszystko i bezlitośnie obnaża, wyjaśnia. Uwielbiam natomiast, kiedy po obejrzeniu mogę jeszcze przez kilka godzin myśleć, analizować, tworzyć alternatywne zakończenia. Jeśli ktoś ma podobne upodobania, gorąco polecam wszystkie filmy Lyncha. Niektóre wręcz "ryją banię", ale właśnie taki ich urok. Z wielką chęcią podyskutowałbym z kimś o dziełach tego wielkiego i wciąż niedoścignionego reżysera. No ale wracając do psychologii... Chciałbym w tej notce podzielić się z Wami tym, co szczególnie mnie zainteresowało i skłoniło do poszperania w necie w celu znalezienia więcej. I więcej, i więcej. I jeszcze więcej.
     Może zacznę od Salomona Szereszewskiego, jednego z najsłynniejszych mnemonistów. Cechował się on fenomenalną pamięcią. Może zacytuję wikipedię: "Potrafił bezbłędnie powtarzać dowolnie długie listy słów i liczb. Mógł je odtwarzać potem w dowolnej kolejności – od przodu równie łatwo jak od tyłu, jeśli powiedziano mu jakąś liczbę z listy, potrafił od razu przypomnieć sobie wszystkie sąsiadujące z nią. Nie popełniał przy tym żadnych błędów. Także po wielu latach – np. 15 czy 20 – odtwarzał dowolną, wcześniej zapamiętaną listę bezbłędnie. (przypominał sobie również moment, w którym zapamiętywał dany ciąg liczb, pozycje i ubiór badacza itp.) Podobnie było z ciągami słów a także np. tekstami w obcych językach". A wszystko dzięki wrodzonej synestezji, czyli zdolności do odczuwania przeróżnych wrażeń w odpowiedzi na jeden bodziec, tzn. widząc np. jakąś liczbę, odbierał on jednocześnie wrażenia słuchowe, smakowe czy dotykowe (np. cyfra 1 była dla niego wyniosłym mężczyzną). Z jego osobą związanych jest mnóstwo ciekawych anegdot, ale nie chcę tutaj cytować całej wikipedii. Oczywiście Szereszewski nie rozumiał, dlaczego jest taki wyjątkowy. Nie docierało do niego, że inni nie posiadają tak cudownej pamięci. Czytając o jego nieprzeciętnych zdolnościach wydawać się może, że musiał mieć cudowne życie. Ale zastanówmy się wszyscy, czy na pewno chcielibyśmy do końca swego życia pamiętać o wszystkich naszych potknięciach, niepowodzeniach i chwilach pełnych bólu czy smutku? Ja z pewnością bym nie chciał. Jak można się domyślać, Szereszewski nie skończył dobrze. Zakończył swe życie w szpitalu psychiatrycznym, bo nie mógł poradzić sobie z samym sobą. Lekarstwem mogło być jedynie dla niego nauczenie się umiejętności zapominania. A tego niestety nie potrafił...
     Kolejny temat, który niezwykle mnie zainteresował to eksperyment Zimbardo przeprowadzony w piwnicach uniwersytetu Stanford. Jego celem było zbadanie reakcji studentów "bawiących się" w symulację życia w więzieniu. Grupę studentów podzielono na więźniów i pilnujących ich klawiszy. Efekty były nieprzewidywalne. Wszyscy tak bardzo wcielili się w swoje role i uwolnili ukryte w swej psychice demony, że eksperyment musiał zostać przerwany. Trzeba przyznać, że był on bardzo kontrowersyjny, a nawet niemoralny (strażnicy zaczęli nawet zmuszać więźniów do ogrywania aktów seksualnych). Zimbardo udowodnił, jak wielki wpływ ma otoczenie na ludzi, którzy są dla siebie kompletnie anonimowi i których nie łączą ze sobą żadne więzy. Dowiódł swej tezy, że każdy z nas przyjmuje w codziennym życiu rolę oprawcy lub ofiary. Wszyscy uczestnicy zostali po eksperymencie poddani odpowiedniej psychoterapii, na której wytłumaczono im dokładnie, czego byli uczestnikami. Dzięki temu nie zaobserwowano też w późniejszym czasie negatywnego wpływu całego badania na ich dalsze życie. Zainteresowanych odsyłam do książki Zimbardo "Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?" oraz do filmu "Eksperyment". Na mnie jedno i drugie zrobiły ogromne wrażenie.
     No a na sam koniec kilka słów o osobowości i temperamencie. Dotychczas nie wierzyłem we wszelkiego rodzaju psychotesty, które na podstawie kilku odpowiedzi na szablonowe pytania miały ukazać mi, jaki jestem. Aż do teraz. Na zajęciach wykonałem test temperamentu Le Senne'a i byłem naprawdę w szoku. Nie tylko dlatego, że udzielone przeze mnie odpowiedzi dały kształt wykresu idealnego z tym przedstawionym w książce, ale przede wszystkim dlatego, że opis mu odpowiadający pokrył się w zupełności z tym, jaka jest prawda. Pierwszy raz od dawna poczułem się naprawdę dziwnie. Tak, jakby ktoś wniknął w moją psychikę i odkrył wszystkie karty. Jakby poznał mnie na wylot, wiedział o mnie wszystko. Nie napiszę tu o wyniku mojego testu, bo nie chcę, aby wszyscy wiedzieli, jaki jestem naprawdę, przede wszystkim tam w środku ;) Test jest bardzo prosty do wykonania. Z pewnością nie jest też idealny, ale w moim przypadku sprawdziło się w zupełności. Dlatego też gorąco polecam. Wykonałem też projekcyjny test "drzewa" (o nim też możecie przeczytać na wielu portalach internetowych) i muszę przyznać, że dał mi on sporo do myślenia. Nie chodzi tu tylko o mnie samego, ale też o fakt, co myślą o mnie (a właściwie o moim drzewie :P) inni, czyt. osoby, które w ogóle mnie nie znają. Akurat ten test jest tylko uzupełnieniem i nie daje rzetelnej odpowiedzi na wszystko, ale myślę, że warto mu się przyjrzeć choćby z czystej ciekawości.
     To tylko kilka przykładów z tego, co szczególnie mnie zainteresowało. Miałem zamiar napisać jeszcze o Freudzie i jego teorii, o nurtach w psychologii, które szczególnie mnie zafascynowały, o ulubionych filmach psychologicznych, ale nie chcę przynudzać (już pewnie cała ta notka wydaje się Wam szalenie nudna, o ile w ogóle dotarliście do tego miejsca ;p). Przytoczyłem te wszystkie historie, aby po raz kolejny ukazać sobie i innym, jak ogromnie różni wszyscy jesteśmy. Kolorowi. Nieodgadnieni. Ukryci za samodzielnie wytworzonymi maskami. Od zawsze uważałem to za coś pięknego, a teraz jeszcze bardziej upewniłem się w swym przekonaniu. Dlatego też nie oceniajmy na zapas i nie krytykujmy czegoś tylko dlatego, że jest nam obce. Dawajmy szansę temu, co nowe i otwierajmy się na innych. Bo tylko dzięki temu nasze życie może stać się jeszcze bardziej kolorowe. Ja na przykład nie sądziłem, że zwykłe zajęcia z psychologii (uważanej przez większość za coś naprawdę nudneeeego) wniosą do mojego życia tyle nowych barw i jeszcze więcej ich odcieni. Wow, patetyczna mi ta puenta wyszła. Ale niech już będzie ;) I jeśli ktoś może mi polecić jakąś ciekawą książkę psychologiczną (tudzież serial/film), bardzo o to proszę w komentarzach. Będę niezmiernie wdzięczny.

A co poza tym? Powrót na weekend do domu. Piękna, słoneczna pogoda. Dużo radości. Mnóstwo śmiechu. Jeszcze więcej długich rozmów z najbliższymi, po których aż ochrypłem. I galeria handlowa (kto, do jasnej cholery, je wymyślił i dlaczego muszą być AŻ TAK duże?!). Całe szczęście, że było warto i że zakupy jak najbardziej udane.

A na sam koniec trochę romantyczniejsza nutka dzisiaj. Bo tak jakoś dzisiaj już mam. I kropka.


środa, 14 marca 2012

Idzie wiosna, czyli walka o widza rozpoczęta...


     Idzie wiosna. Trąbią o tym wszędzie. Radio, prasa, telewizja, Internet, ludzie. Tylko ja się pytam, gdzie kurde ona jest? Wieje, leje, ciemno, zimno, szaro-buro. I jak na razie tą nadchodzącą wiosnę można dojrzeć jedynie w pojawieniu się nowej ramówki w TV. Niestety.
     Wystartował nowy X factor. Bardzo lubię ten format, oglądałem dosyć namiętnie 1. sezon i od niemal samego początku kibicowałem właśnie Gienkowi Losce (swoją drogą muszę nieskromnie przyznać, że mam jakiś odgórny dar przewidywania wygranych w programach rozrywkowych typu talent show). Jak na razie pojawiły się dopiero 2 odcinki nowego sezonu i nie można jeszcze zbyt wiele powiedzieć o uczestnikach. Pożyjemy, zobaczymy. Co do X factora, to ja sam mam ogromny problem z jury. Wojewódzki (który rzeczywiście potrafi być zabawny), zaczął denerwować mnie już jakieś dobre półtora roku temu. Bardzo nie podobała mi się jego gra ludźmi w 1. sezonie - wszystko tylko po to, aby zwyciężył jego dom jurorski. Nieważne, czy ktoś był lepszy od ludzi z jego teamu, ważne, żeby jak najszybciej się go pozbyć. Jak dla mnie brutalne, bo z założenia to program o śpiewających ludziach, a nie o jurorach (chociaż Kuba rzeczywiście potrafi ciekawie przygadać i czasami być przy tym zabawnym...). Czesława bardzo lubię i szanuję za jego muzykę i artystyczną wrażliwość. I chyba tylko za to, bo niestety w każdym kolejnym wywiadzie robi z siebie coraz większego idiotę. Naprawdę tego nie rozumiem, bo przecież ktoś taki jak on nie musi zwracać na siebie uwagi w tak płytki sposób, w jaki to robi. No i jest jeszcze nowa jurorka - Tatiana Okupnik, przedstawiana jako wokalistka, której najnowsza płyta sprzedaje się znakomicie w całej Europie. Śmiech na sali. No ale jest chociaż na kim oko zawiesić, są łzy, śmiech, taniec, polewanie się wodą na stole, czyli emocje będące podstawą wszystkich programów stacji TVN. No nic, ja tam mam ich całą trójkę w poważaniu i czekam na pojawienie się prawdziwego talentu, który w niewymuszony sposób zawojuje wreszcie polską sceną muzyczną. Bo czy ktokolwiek zwrócił większą uwagę na nowy singiel Gienka czy Michała Szpaka? Ktoś pewnie tak, ja niestety nadal jestem nieusatysfakcjonowany. I wciąż czekam na pierwszą płytę Damiana Ukeje!
     Kuchenne rewolucje to jeden z moich ulubionych programów tej stacji. Pewnie mnie wyśmiejecie i rozszarpiecie na strzępy, ale cóż. Kocham Magdę Gessler miłością nieskończoną. Po prostu, tak już mam. Zawsze lubiłem ludzi kontrowersyjnych (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i do bólu otwartych. Stąd to zaskakujące nawet mnie samego uczucie... Program wciąż trzyma bardzo dobry poziom. Najnowsze odcinki nie różnią się niemal niczym od tych z 1. sezonu i właśnie to jest ich główną zaletą. Gessler nadal jest bezlitosna, wredna, arogancka i przy tym tak szalenie dobroduszna. Nie zawsze pochwalam jej zachowanie, ale trzeba przyznać, no udaje jej się. Poza tym naprawdę uwielbiam patrzeć, jak gotuje te wszystkie przepysznie wyglądające potrawy. Cenię ją też za to, że nie gwiazdorzy. Wciąż pozostaje taka sama, bezwzględnie mówi, co myśli i właśnie dzięki temu zyskała tak wielkie grono fanów. Nie wiem, czy wiecie, ale w minionym roku zdobyła ona bardzo dużo nagród za swą działalność. Gorąco polecam jej bloga i liczne wywiady z nią, w których można poznać ją z zupełnie innej strony. To przede wszystkim niezwykle życzliwa i bardzo dobra osoba, która w swym życiu naprawdę  wiele przeszła. I tą bijącą szczerość i prawdziwość od razu w niej widać i ja osobiście bardzo to cenię ;)
     No i na koniec zostawiłem sobie, jak to mówi wspomniany wcześniej Czesław, "wiśniówkę na torcie". Woli i Tysio. O mój Boże. Za jaką karę i za jakie grzechy. Czy ktoś z Was też to oglądał? Jeśli nie, cieszcie się i radujcie. Dwa francuskie pieski (sorry, inaczej ich nazwać nie można) w osobach słynnego projektanta Dawida Wolińskiego i światowej sławy fotografa Marcina Tyszki sprząta łajno słonia na oczach całej Polski. Wiecie co w tym najsmutniejsze? Że to naprawdę nie było ani trochę zabawne. Jestem przekonany, że na twarzy każdej oglądającej to osoby pojawił się jakiś niezidentyfikowany grymas, który pozostał na niej długo jeszcze po obejrzeniu tego chłamu. Słownictwo naszej salonowej elity pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Zastanawiam się, jak w ogóle Edward Miszczak pozwolił, aby coś takiego znalazło się w najnowszej ramówce jego stacji... Bo to, że tych dwoje jest w stanie za pieniądze robić z siebie totalnych idiotów (chociaż ja po tym jednym, jedynym i z pewnością jak dla mnie ostatnim odcinku mam ich za niewychowanych, pozbawionych resztek kultury i zapatrzonych w siebie prostaków) jest chyba oczywiste... O zgrozo! Wstyd, naprawdę wielki wstyd. Oby nie był to początek jakiegoś nowego nurtu w telewizji, bo hipopotam załatwiający swe biologiczne potrzeby na rozbawionym Wolińskim jest bez wątpienia nie do przełknięcia (nie uwłaszczając hipopotamowi...).
     Są też nowe sezony Must be the music, You can dance, Bitwy na głosy i jakiś nowy program o tańcu na Polsacie, ale przecież życie jest zbyt piękne, aby spędzać je przy telewizorze. Poza tym ostatnimi czasy czuję naprawdę obrzydzenie do większości tych polskich gwiazdeczek, które za pokazanie się na pokazie czy otwarciu sklepu dostają kupę forsy. I sam rozważam pomysł zostania celebrytą. Jak na razie nie przychodzi mi do głowy nic, dzięki czemu mógłbym "zaistnieć". Że też nie każdy rodzi się z nazwiskiem Grycan... Co prawda przyjaciele radzą mi nagranie sex-tape, ale sam nie wiem, czy to dobry pomysł... Swoją drogą uważam, że ja osobiście byłbym znacznie ciekawszy i o niebo zabawniejszy od jakiegoś tam Tyszki. Zabrałbym ze sobą kamerę na zajęcia na uczelnię, do auta B., na imprezki. Ludzie nie tylko dowiedzieliby się wielu istotnych rzeczy (np. o samoniezgodności czy teście chi kwadrat, sic!), ale i nieźle ubawili. Pffff, nie będą Tyszki pluć nam w twarz! 
     Przez ostatnie kilka dni nie miałem Internetu i dokonałem szokującego odkrycia - ile to człowiek ma wolnego czasu bez tych wszystkich portali społecznościowych, forum i skrzynek mailowych. Przede wszystkim zdołałem nadrobić kilka znajomości, co ogromnie mnie ucieszyło. I w związku z tym postanowiłem sobie, niczym Pani Barbara Kwarc, ogłosić Soboty Bez Internetu. Tak. Wiem. Nie uda się.
     Co jeszcze? Ano byłem w kinie. Miał być "Kac Wawa", na całe szczęście był "Sponsoring". W końcu udało mi się obejrzeć najnowszy film Szumowskiej i z ręką na sercu daję mu dobre 7 punktów na 10. W ogóle cała ta notka miała być ogromną recenzją (może w sumie to byłoby ciekawsze, ale cóż), ale chyba właśnie owy ogrom mnie przytłoczył. W związku z tym nie napiszę o metaforze "niedomkniętej lodówki" i nie dokonam charakterystyki portretu psychologicznego głównej bohaterki, granej przez Juliette Binoche, która zwykłym uniesieniem brwi potrafi zmienić poważną rozmowę dwójki bohaterów w przepełnioną ironią grę słów. To bez wątpienia wielka aktorka, chociaż trzeba przyznać, że i nasza polska Joanna Kulig dała radę - nie dość, że zagrała NAPRAWDĘ odważne sceny erotyczne, to naprawdę interesująco zbudowała swoją postać. No i jej francuski... Czy tylko ja nie słyszałem różnic w akcencie pomiędzy nią a rodowitymi Francuzami? Uwielbiam słuchać tego języka i na pewno kiedyś się go nauczę! Janda i Chyra grali naprawdę krótkie epizody, więc nie można o nich zbyt wiele napisać... Jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu i się na niego wybiera, to ważne jest też to, aby wiedział, że to wcale nie jest film o sponsoringu. Francuskie "Elles" oznacza "One" i właśnie "O Nich" jest ten film. Jest na zmianę brutalnie, melancholijnie i nudno, ale właśnie dzięki temu poznajemy naprawdę bardzo intymne oblicze głównej bohaterki. Na mnie duże wrażenie zrobiła też muzyka (pamiętna scena przy stole czy taniec Anny i Alicji). Poniżej wklejam link do jednej z piosenek z filmu. Klip może na zmianę przerażać i fascynować, ja jednak pozostaję przy słuchaniu bez oglądania go ;)


ps: czy Was też wpędza w jakiś dziwny stan marazmu? ;)
ps2: jeśli czytacie, to polubcie proszę znacznik facebooka na samym dole strony - dzięki temu jest szansa, że blog trafi do szerszego grona odbiorców :) no a teraz uciekam nadrabiać seriale, bo przecież L. "musi z kimś o tym pogadać" ;)
ps3 (dla wtajemniczonych): nigdy nie będę hodowcą roślin! nigdy nie pójdę w pole! i nigdy nie "popaczę"!

sobota, 3 marca 2012

What's in your head, czyli podróże kształcą...

  

   Dzisiaj kilka słów o podróżach. A właściwie o jednej z moich ostatnich podróży, w czasie której postanowiłem rozpocząć pisanie tego bloga ;) Zapowiadała się zwykła podróż do Krakowa najzwyklejszym w świecie pociągiem TLK. Ot co. I pewnie byłoby zwyczajnie, gdybym całkiem przypadkiem nie znalazł się w środku pewnej osobliwej siedmioosobowej grupy społecznej...
     Wsiadając do pociągu jadącego z Warszawy do Krakowa o godzinie 12:00 nawet nie przypuszczałem, że będę miał problemy ze znalezieniem dla siebie wolnego miejsca. Dopiero w jakimś szóstym z rzędu przedziale pojawiła się dla mnie szansa. Grzecznie zapytałem, czy przypadkiem nie znajdzie się dla mnie jedno miejsce, na co siedząca tuż przy oknie i trzymająca swe nogi na kolanach swego chłopaka dziewczyna odparła mi (nawet na mnie nie patrząc!), że NIE! Znacząco uniosłem brwi, co najwyraźniej zwróciło uwagę staruszka czytającego książkę tuż przy drzwiach, który spojrzał na mnie z wielkim zainteresowaniem i przesuwając się w celu wygospodarowania trochę miejsca rzucił gniewne spojrzenie w kierunku w ogóle nie zwracającej na niego uwagi dziewczyny i odparł "oczywiście". Podziękowałem serdecznym uśmiechem i po wygodnym usadowieniu się rozpocząłem poszukiwania moich słuchawek do telefonu. Niestety, nie dane było mi je znaleźć, gdyż znajdowały się na biurku w moim pokoju. Podobnie było z gazetą, którą miałem czytać przez całą podróż. Cóż, złośliwość rzeczy martwych. Na czym więc tu skupić uwagę, skoro nie mogę posłuchać muzyki ani czegoś poczytać? Spać też się nie chce, a wręcz przeciwnie czuć, że kofeina buszuje po moich żyłach z zawrotną prędkością. Jako, że okna zaparowane, kompletnie nic przez nie nie widać. Zatem zostało mi tylko jedno - to, co uwielbiam robić, aczkolwiek w pociągu rzadko sobie na to pozwalam. Dyskretna obserwacja. Zabawa w psychologa. Próba wniknięcia do umysłu sąsiadów i poznania ich. A, jak już wcześniej wspomniałem, w przedziale oprócz mnie znajdowało się jeszcze siedem innych osób. Siedem kompletnie różnych, nieszablonowych osobowości.
     Nie bez przyczyny moją uwagę zwróciła najpierw dziewczyna siedząca przy oknie. Przyznaję, była bardzo atrakcyjna, ale mnie bardziej poraziła swą bezczelnością. Panna Bezczelna przez cały czas dokuczała swemu chłopakowi, który zdawał się naprawdę z tego powodu cierpieć. Jego wyraz twarzy wskazywał, że ma ogromnego kaca. Na każde głośniejsze dźwięki reagował zresztą przymknięciem oczu. W innych okolicznościach zapewne podjąłby wyzwanie i sam też zacząłby dokuczać swojej ukochanej. Niestety, tym razem nie miał na to nawet najmniejszej ochoty i wciąż grymasił, co ją zresztą zdawało się jeszcze bardziej bawić. Panna Bezczelna natrętnie godziła go swymi nogami w brzuch i złośliwie chichotała, a Skacowany miał taką minę, jakby za chwilę miał zwymiotować. Trzeba przyznać, oryginalna para. Wizualnie kompletne przeciwieństwo, ale przecież serce nie sługa. W Pannie Bezczelnej najbardziej zainteresowało mnie to, że miała kompletnie gdzieś to, czy ktoś na nią patrzy lub czy jej się przysłuchuje. Najprawdopodobniej nawet nie zauważyła, że pomimo jej sprzeciwu jednak usiadłem w tym przedziale. Co ciekawe, sama była tak rozłożona, że zajmowała dobre dwa miejsca. Ale przecież jej ani trochę to nie obchodziło! Najważniejszym jej celem było to, aby jak najbardziej dokuczyć Skacowanemu! Kto wie, może poprzedniej nocy na imprezie kompletnie o niej zapomniał i doskonale bawił się ze swymi kumplami i najlepszą przyjaciółką Wódką i teraz zechciała się na nim zemścić? W pewnym momencie twarz Skacowanego przybrała tak zielony kolor, że z obawy, iż zaraz stanę się świadkiem niezwykle niehigienicznej sceny odwróciłem twarz i skupiłem się na sąsiedzie Panny Bezczelnej. A był nim jakiś sześćdziesięcioletni siwy pan, który wciąż spał wydając przy tym ciche pomruki. Co jakieś pięć minut budził się i wypijał po dwa duże łyki Tyskiego skrywanego za kurtką, którego aromat dał się wyczuć natychmiast po wejściu do naszego przedziału. Nie wiem czemu, ale ten Warzelany wzbudził we mnie jakąś nieokreśloną sympatię. Ot co, starszy, spokojny i wyraźnie zmęczony pan, który chyba nigdy nie zrobił nikomu niczego złego. I w którym na dłuższą metę nie było niestety nic ciekawego... Bez wątpienia lubił jednak swoje życie, za co zresztą właśnie go polubiłem. Chłopak siedzący obok niego był bez wątpienia najciekawszą postacią w naszym przedziale i dałbym się założyć, że być może nawet w całym pociągu. Szarobury sweter z ogromnym dekoltem (nawet nie wiedziałem, że takie są!), spod którego wyglądały jaskrawozielone szelki (tak podciągnięte pod szyję, żeby oczywiście każdy je widział), DIABELSKO ciasne spodnie (a może to były kalesony?) w kolorze khaki i różowe trampki. Do tego oczywiście uczesanie "na sarmatę", kilkudniowy zarost i ta maniera w spojrzeniu, która mówi Ci, że jest od Ciebie lepszy. Tfu, że nawet się do niego nie umywasz. Prawdziwy hipster, chociaż jak dla mnie pasował bardziej chyba nawet na "guru wszystkich hipsterów". Z jego OGROMNYCH słuchawek dał się słyszeć jakiś dziwny soul - jestem przekonany, że on sam nie miał nawet zielonego pojęcia, czego słucha. No bo po co, przecież on jest ponad to. Co jakiś czas obdarzał mnie znudzonym spojrzeniem. Oczywiście nie z tego względu, że jakoś zwróciłem jego uwagę, tylko dlatego, żeby swym spojrzeniem pokazać mi, że jestem kompletnie nieinteresujący. Doprawdy fascynujące... Z jednakową częstością spoglądał przez ramię siedzącemu obok niego i zapewne niewiele młodszemu od siebie nastolatkowi, który zgłębiał lekturę Faktu. A właściwie tylko udającemu, że to robi, bo praktycznie przez całą drogę marzył jedynie o spojrzeniu na ostatnią stronę, z której spoglądała na niego biuściasta blondynka znajdująca się w dziwnej pozie. Boże, jak ten biedny chłopaczek się męczył z powodu niemożności bezkarnego spojrzenia na tę kobietę. Otóż siedzący niedaleko niego pan (który notabene wygospodarował dla mnie miejsce) był chyba jego dziadkiem. I tak oto Napalony próbował walczyć ze swą ciekawością i jednoczesnym srogim spojrzeniem swego dziadziusia, który bez wątpienia był jakimś profesorem. Jako, że sam jestem ciekawską bestią, udało mi się dostrzec, że zaczytywał się on w jakiejś psychologiczno-pedagogicznej książce. Były momenty, że miałem ochotę parsknąć śmiechem, kiedy Napalony spoglądał przez jakieś trzy sekundy na biust nagiej modelki z ostatniej strony, po czym szybko spoglądał na dziadka i cały czerwony ze wstydu odwracał gazetę na drugą stronę i znów udawał, że coś czyta... Jednakowoż męczyłem się razem z nim i miałem ochotę wykrzyczeć mu, żeby po prostu bezkarnie się napatrzył i wyluzował... Bo przecież od patrzenia jeszcze nigdy nikomu nic się nie stało. Z drugiej strony nieco go rozumiałem, bo Profesor, choć okazał dla mnie życzliwość, wyglądał naprawdę groźnie i srogo. Z pewnością nie chciałbym się znaleźć u niego pod tablicą. Ostatnią osobą siedzącą w przedziale był Pan Tajemniczy. Trzydziestoparolatek, elegancki, zadbany, z klasą. Sądząc po jego ubiorze śmiałbym też rzec, że dosyć majętny. I tyle. Dokładnie tyle mogę o nim powiedzieć. Tylko tyle i aż tyle, dlatego też został Panem Tajemniczym. Siedział w ten sposób, że gdybym chciał bliżej mu się przyjrzeć, wszyscy pozostali (poza Panną Bezczelną i Hipsterem, którego przecież nikt ani nic poza nim samym nie obchodziło) zwróciliby na mnie uwagę. Poza tym mogę jedynie podejrzewać, że on w czasie tej podróży zajmował się dokładnie tym samym co ja. Nie spał, nie czytał, nie słuchał muzyki i nie udawał, że wygląda przez okno. Skromnie i niby niezauważenie błądził swym przenikliwym wzrokiem po otaczających go ludziach. Ja jako jedyny, ze względu na zajmowane przeze mnie miejsce, byłem dla niego niedostępny. Ciekawe, co wywnioskował badając otoczenie... I czy choć trochę pokrywało się to z moim tokiem myślowym... 
     I tak oto mijała moja zwykła niezwykła podróż. Ukradkowe spojrzenia Napalonego na obdarzoną przez naturę blondynkę. Piwo chowane za kurtkę przez Warzelanego za każdym razem, kiedy obok przedziału przechodził konduktor. Zielona twarz Skacowanego i złośliwy chichot Panny Bezczelnej. Zimne, lecz jednocześnie opiekuńcze spojrzenia Profesora na swego ciekawskiego wnuka. Wymuszone ruchy Hipstera patrzącego z pogardą na wszystko wokół. Plus Pan Tajemniczy i Ja, zwykły zjadacz chleba. O tak, szalenie kocham ludzi. I gorąco polecam Wam wyżej opisaną zabawę w Boga próbującego przeniknąć w psychikę zupełnie obcych ludzi. No chyba, że będziecie mieć ze sobą Fakt, mp3 z OGROMNYMI słuchawkami do słuchania czegoś niezidentyfikowanego,  podręcznik dla pedagoga lub Tyskie...

A co u mnie prywatnie? Spotkałem się dzisiaj z dwiema pięknymi kobietami. Dzięki jednej z nich moje policzki zapłonęły od gorąca. A na imię jej było Wiosna... ;) Druga z kolei, jak zwykle zresztą, wysłuchała mnie i dała się wysłuchać, przywitała i pożegnała równie ciepłym uśmiechem i po prostu była (dzięki W :*).