Teoretycznie wakacje już za nami, w praktyce (przynajmniej dla mnie i innych studentów) jeszcze prawie miesiąc leniuchowania. Pocieszające, że pod względem astronomicznym pozostały niemal trzy tygodnie lata, a jako, że przez ostatnie dwa dni słońce wyjątkowo często wygląda zza chmur, należy myśleć optymistycznie i mieć nadzieję, że owe trzy tygodnie nas rozpieszczą i pozwolą swobodnie naładować akumulatory na cały rok akademicki. Ja postanowiłem nieco ukrócić swe lenistwo doskonałe i chociaż częściowo powrócić do swych zwyczajów, w tym do pisania, w związku z czym od dziś zarządzam koniec sezonu ogórkowego na tym blogu! Pełen sił i energii wracam do badania codzienności. Aby jednak na dobre rozpocząć nowy sezon, warto najpierw rozliczyć się z treści ostatniej, przedwakacyjnej notki, w której skrytykowałem naszą narodowościową dumę, nasze cwaniactwo, wredność i zaściankowość. Dziś chciałbym udowodnić, że Polacy jako naród niekoniecznie muszą być wciąż krytykowani. A posłużę się przykładem polskiego filmu, z którego naprawdę powinniśmy być dumni. A jeśli to dla któregoś z Szanownych Czytelników za wiele, radzę przynajmniej bliżej przyjrzeć się polskiej kinematografii z ostatnich pięciu lat. I nie chodzi mi tu o głośne, wszędzie rozreklamowane i niestety tak głupie, że wręcz obrażające potencjalnego widza dzieła pokroju "Wyjazdu integracyjnego" czy "Kac Wawa".
Niestety, ale prawda jest brutalna. Najwięcej i najgłośniej mówi się u nas w kraju o filmach naprawdę słabych, w tym najczęściej o nieśmiesznych komediach romantycznych lub kiepskich podróbkach filmów z zachodu. Osoby nieinteresujące się zbytnio filmowymi nowościami i niemające czasu na codzienne poszperanie na portalach filmowych nie mają szans na zobaczenie dzieł naprawdę ambitnych, poruszających ważne problemy i przede wszystkim stworzonych z szacunkiem dla widza. Nie chodzi mi w żadnym wypadku o kino niezależne, które przez ostatnie dwa lata rozwija się w naprawdę błyskawicznym tempie, ale o polskie kino niszowe. Jeśli w filmie nie występują Szyc, Karolak lub Figura, na ogół się o nim nie mówi. Chyba, że mamy do czynienia z treścią wyjątkowo odbiegającą od normalności, wręcz patologiczną, z tematem tabu. Takie filmy doskonale się sprzedają, bo ludzie lubią oglądać to, co zakazane i inne. Tak było przecież w przypadku "Galerianek", "Sponsoringu", czy może nieco mniej głośnego filmu "Świnki". Wszystkie trzy wymienione tytuły bez wątpienia zasługują na uwagę i to nie tylko dlatego, że pokazują ważne (chociaż zdecydowanie zbyt przerysowane) problemy społeczne, ale przede wszystkim ze względu na znakomite kreacje aktorskie Polaków, zwłaszcza Joanny Kulig (bardzo odważna kreacja aktorska w "Sponsoringu") czy Filipa Garbacza i Daniela Furmaniaka (obydwaj znakomicie zagrali w "Świnkach"). Nie wiem, jak potoczą się losy Furmaniaka, bo jak na razie ma na koncie jedynie dwa filmy, ale Garbaczowi wróżę naprawdę wielką karierę. Chłopak jest jeszcze bardzo młody i zdecydowanie nie przypomina typowego aktora-amanta, co tak naprawdę jest wielkim plusem, bo nie pozwoli mu na zaszufladkowanie w gatunku dennych komedii romantycznych. Filip bardzo dobrze zagrał też w "Matce Teresie od kotów", u boku Mateusza Kościukiewicza, 26-letniego aktora, w którym ja osobiście pokładam największe nadzieje. Nie sprzedaje się mediom, nie gra w serialach i przede wszystkim wciąż realizuje ciekawe projekty. Ostatnio było o nim trochę głośniej z powodu ślubu z Szumowską, nad czym bardzo ubolewam. Bo dlaczego nie mówi się o nim jako o znakomitym aktorze tylko już przykleja łatkę młodego cwaniaczka, który przez ślub ze znaną reżyserką i scenarzystką liczy na osiągnięcie sukcesu? Wszystkim, którzy Mateusza nie kojarzą, polecam bardzo dobry film "Wszystko, co kocham" oraz "Matkę Teresę od kotów". Przyzwoicie zagrał też w "Bez wstydu", a obecnie pracuje nad "Baczyńskim", "Nowhere", "Baby blues" i "Wałęsą". Wszystkich czterech filmów z jego udziałem jestem szalenie ciekawy. Jeśli chodzi o innych aktorów młodego pokolenia, równie interesująco przedstawia się postać Jakuba Gierszała, znanego przede wszystkim z "Sali samobójców". Na ekrany kin wszedł właśnie najnowszy film z jego udziałem "Yuma", którego niestety jeszcze nie widziałem. Film zbiera jednak jak na razie bardzo dobre opinie i oceny (7,1 na filmwebie dla polskiego filmu to naprawdę coś), a zatem musi być naprawdę dobry. Jeśli chodzi o płeć piękną, mocno kibicuję Aleksandrze Hamkało ("Sala samobójców", "Big love") oraz Oldze Frycz. Obie są bardzo atrakcyjne, młode i zdolne. Moją uwagę bardziej przyciąga jednak ta druga. Nie można jej przypiąć łatki "idealnie pięknej kobiety", ale bez wątpienia posiada ona coś, co przynajmniej mnie elektryzuje. Przypomina mi ona nieco Kristen Stewart. Zabawne, że Kościukiewicza, który partnerował jej we "Wszystko, co kocham" określa się mianem polskiego Pattinsona. Może to właśnie dlatego Jacek Borcuch połączył ich na ekranie? ;)
Nie można jednak skupiać się tylko na młodym pokoleniu, gdyż mamy wielu znakomitych i tylko nieco starszych aktorów. Wśród kobiet na wielką uwagę zasługują: Magdalena Boczarska ("Różyczka", "Zero"), Izabela Kuna ("Lincz", "Galerianki", "Lejdis"), mój osobisty ideał piękna i klasy Magdalena Cielecka ("Wenecja", "Mniejsze zło"), Agnieszka Grochowska ("W ciemności", "Bez wstydu"), Maja Ostaszewska ("Uwikłanie"), Ewa Wencel ("Plac zbawiciela"). Jeżeli chodzi o mężczyzn, to w absolutnej czołówce są Marcin Dorociński i Robert Więckiewicz ("Wymyk", "W ciemności", "Różyczka", "Vinci"). Bardzo ubolewam nad tym, że większość polskich aktorów poświęca życie i karierę na grę w polskich serialach, przez co sami się szufladkują i tracą szansę na realizację naprawdę fajnych projektów. Wymienieni przeze mnie wyżej panowie od tej reguły odbiegają, co zdecydowanie im służy. Więcej pochwał niż Dorociński w ostatnim czasie dostał mało który polski aktor. Całkowicie na wszystkie zasługuje, bo chyba nie ma takiego drugiego, który tak bardzo angażowałby się w życie tworzonej przez siebie postaci. Należy jednak pamiętać, że oprócz fantastycznych kreacji aktorskich ("Róża", "Lęk wysokości", "Rewers") zaliczył też kilka wpadek ("Kobieta, która pragnęła mężczyzny", "Idealny facet dla mojej dziewczyny", "Miłość na wybiegu"). Takiemu wielkiemu aktorowi można, a chyba nawet trzeba to wybaczyć. Wymieniając nazwiska dobrych (moim zdaniem) polskich aktorów i aktorek, w nawiasach wymieniłem tytuły naprawdę dobrych polskich filmów z ostatnich trzech, czterech lat. Bardzo polecam wszystkim, aby w miarę możliwości skusili się na zobaczenie chociaż kilku z nich. Najbardziej zachęcam do obejrzenia: "Placu zbawiciela", "Różyczki", "Linczu", "Bez wstydu", "Wymyku", "Joanny". Bo "Różę", nominowane do Oskara "W ciemności", "Dom zły" i "Rewers" na pewno każdy już widział, a jeśli jeszcze nie, niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że polscy reżyserzy i scenarzyści są naprawdę dobrzy w dramatach społecznych i obyczajowych. I to właśnie takich filmów powinno w Polsce jak najwięcej powstawać. Po co tworzymy durne wersje własnego "Kac Vegas" czy kiepskie komedie romantyczne ("Tylko mnie kochaj" i "Listy do M." są tu wyjątkami), skoro one ani trochę nie śmieszą, a wręcz przeciwnie, oburzają i wkurzają. To właśnie dla takich tworów powstały specjalne polskie nagrody filmowe dla najgorszych filmów "Węże". W poprzednim roku niechlubne pierwsze miejsca przypadły między innymi Nataszy Urbańskiej, Borysowi Szycowi, Pawłowi Małaszyńskiemu, natomiast za najgorszy film roku 2011 uznano "Wyjazd integracyjny". Miejmy nadzieję, że pojawienie się tych nagród przyczyni się do tego, że w następnych latach będą powstawać tylko dobre filmy.
A myślę, że warto być optymistą, bo zapowiada się naprawdę ciekawy pod względem polskich filmów sezon. Już we wrześniu na ekrany kin wchodzi najnowszy film Leszka Dawida "Jesteś Bogiem" o legendarnej grupie Paktofonika. Bardzo interesująco zapowiadają się też: "W sypialni", "Trzy siostry T", "Sęp" i "Baby blues". No i wreszcie coraz bliżej premiery bardzo głośnych: "Obławy", "Tajemnicy Westerplatte" i "Wałęsy". A jak to wszystko będzie, czas i widzowie zweryfikują :)
Na sam koniec fragment wywiadu z Mateuszem Kościukiewiczem:
dziennikarz: Masz jakiś plan na te 10 lat?
M.K.: Co ty, stary. Plany nie wypalają. Chciałbym robić filmy, pisać, śpiewać, tanczyć, k..., recytować.
dziennikarz: Nie myślałeś, żeby pójść do serialu?
M.K.: Zamęczyłbym się. Nie interesuje mnie uczestniczenie w celebryckim przewodzie pokarmowym, nie chcę ulec strawieniu. W Polsce jest tyle ciekawych środowisk, w których można się realizować artystycznie i intelektualnie.
No i jeszcze zapowiedź "Yumy" :) Komentujcie, proszę :)

Ty i odpoczynek od pisania? Nie wierzę ;DD dobrze że wróciłeś.
OdpowiedzUsuń