sobota, 3 marca 2012

What's in your head, czyli podróże kształcą...

  

   Dzisiaj kilka słów o podróżach. A właściwie o jednej z moich ostatnich podróży, w czasie której postanowiłem rozpocząć pisanie tego bloga ;) Zapowiadała się zwykła podróż do Krakowa najzwyklejszym w świecie pociągiem TLK. Ot co. I pewnie byłoby zwyczajnie, gdybym całkiem przypadkiem nie znalazł się w środku pewnej osobliwej siedmioosobowej grupy społecznej...
     Wsiadając do pociągu jadącego z Warszawy do Krakowa o godzinie 12:00 nawet nie przypuszczałem, że będę miał problemy ze znalezieniem dla siebie wolnego miejsca. Dopiero w jakimś szóstym z rzędu przedziale pojawiła się dla mnie szansa. Grzecznie zapytałem, czy przypadkiem nie znajdzie się dla mnie jedno miejsce, na co siedząca tuż przy oknie i trzymająca swe nogi na kolanach swego chłopaka dziewczyna odparła mi (nawet na mnie nie patrząc!), że NIE! Znacząco uniosłem brwi, co najwyraźniej zwróciło uwagę staruszka czytającego książkę tuż przy drzwiach, który spojrzał na mnie z wielkim zainteresowaniem i przesuwając się w celu wygospodarowania trochę miejsca rzucił gniewne spojrzenie w kierunku w ogóle nie zwracającej na niego uwagi dziewczyny i odparł "oczywiście". Podziękowałem serdecznym uśmiechem i po wygodnym usadowieniu się rozpocząłem poszukiwania moich słuchawek do telefonu. Niestety, nie dane było mi je znaleźć, gdyż znajdowały się na biurku w moim pokoju. Podobnie było z gazetą, którą miałem czytać przez całą podróż. Cóż, złośliwość rzeczy martwych. Na czym więc tu skupić uwagę, skoro nie mogę posłuchać muzyki ani czegoś poczytać? Spać też się nie chce, a wręcz przeciwnie czuć, że kofeina buszuje po moich żyłach z zawrotną prędkością. Jako, że okna zaparowane, kompletnie nic przez nie nie widać. Zatem zostało mi tylko jedno - to, co uwielbiam robić, aczkolwiek w pociągu rzadko sobie na to pozwalam. Dyskretna obserwacja. Zabawa w psychologa. Próba wniknięcia do umysłu sąsiadów i poznania ich. A, jak już wcześniej wspomniałem, w przedziale oprócz mnie znajdowało się jeszcze siedem innych osób. Siedem kompletnie różnych, nieszablonowych osobowości.
     Nie bez przyczyny moją uwagę zwróciła najpierw dziewczyna siedząca przy oknie. Przyznaję, była bardzo atrakcyjna, ale mnie bardziej poraziła swą bezczelnością. Panna Bezczelna przez cały czas dokuczała swemu chłopakowi, który zdawał się naprawdę z tego powodu cierpieć. Jego wyraz twarzy wskazywał, że ma ogromnego kaca. Na każde głośniejsze dźwięki reagował zresztą przymknięciem oczu. W innych okolicznościach zapewne podjąłby wyzwanie i sam też zacząłby dokuczać swojej ukochanej. Niestety, tym razem nie miał na to nawet najmniejszej ochoty i wciąż grymasił, co ją zresztą zdawało się jeszcze bardziej bawić. Panna Bezczelna natrętnie godziła go swymi nogami w brzuch i złośliwie chichotała, a Skacowany miał taką minę, jakby za chwilę miał zwymiotować. Trzeba przyznać, oryginalna para. Wizualnie kompletne przeciwieństwo, ale przecież serce nie sługa. W Pannie Bezczelnej najbardziej zainteresowało mnie to, że miała kompletnie gdzieś to, czy ktoś na nią patrzy lub czy jej się przysłuchuje. Najprawdopodobniej nawet nie zauważyła, że pomimo jej sprzeciwu jednak usiadłem w tym przedziale. Co ciekawe, sama była tak rozłożona, że zajmowała dobre dwa miejsca. Ale przecież jej ani trochę to nie obchodziło! Najważniejszym jej celem było to, aby jak najbardziej dokuczyć Skacowanemu! Kto wie, może poprzedniej nocy na imprezie kompletnie o niej zapomniał i doskonale bawił się ze swymi kumplami i najlepszą przyjaciółką Wódką i teraz zechciała się na nim zemścić? W pewnym momencie twarz Skacowanego przybrała tak zielony kolor, że z obawy, iż zaraz stanę się świadkiem niezwykle niehigienicznej sceny odwróciłem twarz i skupiłem się na sąsiedzie Panny Bezczelnej. A był nim jakiś sześćdziesięcioletni siwy pan, który wciąż spał wydając przy tym ciche pomruki. Co jakieś pięć minut budził się i wypijał po dwa duże łyki Tyskiego skrywanego za kurtką, którego aromat dał się wyczuć natychmiast po wejściu do naszego przedziału. Nie wiem czemu, ale ten Warzelany wzbudził we mnie jakąś nieokreśloną sympatię. Ot co, starszy, spokojny i wyraźnie zmęczony pan, który chyba nigdy nie zrobił nikomu niczego złego. I w którym na dłuższą metę nie było niestety nic ciekawego... Bez wątpienia lubił jednak swoje życie, za co zresztą właśnie go polubiłem. Chłopak siedzący obok niego był bez wątpienia najciekawszą postacią w naszym przedziale i dałbym się założyć, że być może nawet w całym pociągu. Szarobury sweter z ogromnym dekoltem (nawet nie wiedziałem, że takie są!), spod którego wyglądały jaskrawozielone szelki (tak podciągnięte pod szyję, żeby oczywiście każdy je widział), DIABELSKO ciasne spodnie (a może to były kalesony?) w kolorze khaki i różowe trampki. Do tego oczywiście uczesanie "na sarmatę", kilkudniowy zarost i ta maniera w spojrzeniu, która mówi Ci, że jest od Ciebie lepszy. Tfu, że nawet się do niego nie umywasz. Prawdziwy hipster, chociaż jak dla mnie pasował bardziej chyba nawet na "guru wszystkich hipsterów". Z jego OGROMNYCH słuchawek dał się słyszeć jakiś dziwny soul - jestem przekonany, że on sam nie miał nawet zielonego pojęcia, czego słucha. No bo po co, przecież on jest ponad to. Co jakiś czas obdarzał mnie znudzonym spojrzeniem. Oczywiście nie z tego względu, że jakoś zwróciłem jego uwagę, tylko dlatego, żeby swym spojrzeniem pokazać mi, że jestem kompletnie nieinteresujący. Doprawdy fascynujące... Z jednakową częstością spoglądał przez ramię siedzącemu obok niego i zapewne niewiele młodszemu od siebie nastolatkowi, który zgłębiał lekturę Faktu. A właściwie tylko udającemu, że to robi, bo praktycznie przez całą drogę marzył jedynie o spojrzeniu na ostatnią stronę, z której spoglądała na niego biuściasta blondynka znajdująca się w dziwnej pozie. Boże, jak ten biedny chłopaczek się męczył z powodu niemożności bezkarnego spojrzenia na tę kobietę. Otóż siedzący niedaleko niego pan (który notabene wygospodarował dla mnie miejsce) był chyba jego dziadkiem. I tak oto Napalony próbował walczyć ze swą ciekawością i jednoczesnym srogim spojrzeniem swego dziadziusia, który bez wątpienia był jakimś profesorem. Jako, że sam jestem ciekawską bestią, udało mi się dostrzec, że zaczytywał się on w jakiejś psychologiczno-pedagogicznej książce. Były momenty, że miałem ochotę parsknąć śmiechem, kiedy Napalony spoglądał przez jakieś trzy sekundy na biust nagiej modelki z ostatniej strony, po czym szybko spoglądał na dziadka i cały czerwony ze wstydu odwracał gazetę na drugą stronę i znów udawał, że coś czyta... Jednakowoż męczyłem się razem z nim i miałem ochotę wykrzyczeć mu, żeby po prostu bezkarnie się napatrzył i wyluzował... Bo przecież od patrzenia jeszcze nigdy nikomu nic się nie stało. Z drugiej strony nieco go rozumiałem, bo Profesor, choć okazał dla mnie życzliwość, wyglądał naprawdę groźnie i srogo. Z pewnością nie chciałbym się znaleźć u niego pod tablicą. Ostatnią osobą siedzącą w przedziale był Pan Tajemniczy. Trzydziestoparolatek, elegancki, zadbany, z klasą. Sądząc po jego ubiorze śmiałbym też rzec, że dosyć majętny. I tyle. Dokładnie tyle mogę o nim powiedzieć. Tylko tyle i aż tyle, dlatego też został Panem Tajemniczym. Siedział w ten sposób, że gdybym chciał bliżej mu się przyjrzeć, wszyscy pozostali (poza Panną Bezczelną i Hipsterem, którego przecież nikt ani nic poza nim samym nie obchodziło) zwróciliby na mnie uwagę. Poza tym mogę jedynie podejrzewać, że on w czasie tej podróży zajmował się dokładnie tym samym co ja. Nie spał, nie czytał, nie słuchał muzyki i nie udawał, że wygląda przez okno. Skromnie i niby niezauważenie błądził swym przenikliwym wzrokiem po otaczających go ludziach. Ja jako jedyny, ze względu na zajmowane przeze mnie miejsce, byłem dla niego niedostępny. Ciekawe, co wywnioskował badając otoczenie... I czy choć trochę pokrywało się to z moim tokiem myślowym... 
     I tak oto mijała moja zwykła niezwykła podróż. Ukradkowe spojrzenia Napalonego na obdarzoną przez naturę blondynkę. Piwo chowane za kurtkę przez Warzelanego za każdym razem, kiedy obok przedziału przechodził konduktor. Zielona twarz Skacowanego i złośliwy chichot Panny Bezczelnej. Zimne, lecz jednocześnie opiekuńcze spojrzenia Profesora na swego ciekawskiego wnuka. Wymuszone ruchy Hipstera patrzącego z pogardą na wszystko wokół. Plus Pan Tajemniczy i Ja, zwykły zjadacz chleba. O tak, szalenie kocham ludzi. I gorąco polecam Wam wyżej opisaną zabawę w Boga próbującego przeniknąć w psychikę zupełnie obcych ludzi. No chyba, że będziecie mieć ze sobą Fakt, mp3 z OGROMNYMI słuchawkami do słuchania czegoś niezidentyfikowanego,  podręcznik dla pedagoga lub Tyskie...

A co u mnie prywatnie? Spotkałem się dzisiaj z dwiema pięknymi kobietami. Dzięki jednej z nich moje policzki zapłonęły od gorąca. A na imię jej było Wiosna... ;) Druga z kolei, jak zwykle zresztą, wysłuchała mnie i dała się wysłuchać, przywitała i pożegnała równie ciepłym uśmiechem i po prostu była (dzięki W :*).


5 komentarzy:

  1. Proszę, częściej używaj klawisza ENTER.

    OdpowiedzUsuń
  2. no i znowu mi się podoba, bardzo przyjemnie czyta się Twoje teksty;)

    OdpowiedzUsuń
  3. P. masz świetny styl pisania, znam Cie z liceum ale nie sądziłam że jesteś tak "barwną" postacią...
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo, bardzo mi miło :) I również pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń